Kot, szczur i człowiek – czyli jak głupota mogła nakarmić dżumę
W średniowieczu każdy wiedział jedno: jeśli coś było niezrozumiałe, to pewnie maczał w tym palce diabeł. A skoro tak, to jego wysłannik musiał być blisko – najlepiej taki, który porusza się cicho, patrzy złowieszczo i nie daje się łatwo złapać. Idealny kandydat? Kot. Zwłaszcza czarny, bo czarny to kolor piekieł, czarów i złych omenów.
Tak oto niewinne stworzenia, które mogły być sprzymierzeńcami ludzi w walce z prawdziwym wrogiem – szczurem – stały się ofiarami przesądów. W wielu miastach koty palono, topiono lub po prostu tępiono jako rzekome narzędzie szatana. Ludzie odetchnęli z ulgą, wierząc, że właśnie zrobili coś dla swojego bezpieczeństwa.
Tymczasem w zaułkach miast szczury mogły tylko zacierać łapki. Zniknął ich naturalny wróg, więc zaczęły się mnożyć jeszcze szybciej. A wraz z nimi pchły – cichy transport bakterii Yersinia pestis. To one, a nie rzekome czary, przenosiły zarazę z domu do domu, z miasta do miasta. Paradoksalnie więc ludzie, niszcząc populację kotów, sami utorowali drogę Czarniej Śmierci.
Można sobie wyobrazić ironiczny obrazek: zrezygnowany plague doctor siedzi na rynku, a obok niego kot z dumą kładący u jego stóp martwego szczura, jakby chciał powiedzieć: „Patrz, człowieku, oto twój prawdziwy wróg. I oto ja, który mogę ci pomóc”. Ale ludzie widzieli w tym raczej złowróżbne znaki niż ratunek.
Felietoniści lubią mówić, że historia uczy nas jednego... że niczego nas nie uczy. I chyba coś w tym jest. Bo ileż to razy w dziejach człowiek walczył nie z tym, co naprawdę zagrażało, ale z tym, co wydawało mu się groźne? W czasach dżumy padło na koty. Efektem była epidemia, która przetrzebiła Europę.
Pierwsze ślady bardziej „praktycznego” spojrzenia na koty pojawiają się dopiero później. W późnym średniowieczu i wczesnej nowożytności zaczęto dostrzegać, że obecność kota w domu zmniejsza plagę gryzoni. Zwyczajnie obserwowano, że tam, gdzie były koty, mniej było szczurów, a więc i mniej kłopotów z żywnością czy chorobami.
Można więc powiedzieć, że dopiero praktyka życia codziennego powoli rehabilitowała kota. W miastach portowych, gdzie szczury były prawdziwą plagą, kot stawał się nieocenionym sprzymierzeńcem. Szczególnie doceniano go na statkach. Marynarze zabierali koty w rejsy właśnie po to, by chroniły zapasy żywności przed gryzoniami.
Świadome połączenie kota jako „lekarstwa na zarazę” pojawia się dopiero w XIX–XX wieku, kiedy rozwój nauki pozwolił ustalić, że bakteria dżumy roznoszona jest przez pchły żyjące na szczurach. Wtedy historia prześladowań kotów zyskała nowy, tragiczny kontekst – że to, co miało być walką z „demonem”, w rzeczywistości pozbawiło ludzi naturalnego sojusznika.



Komentarze
Prześlij komentarz