Plague doctors – lekarze w maskach ptaków

 Gdy Europa zmagała się z Czarną Śmiercią, na ulicach miast zaczęły pojawiać się postacie w długich, czarnych płaszczach i dziwnych maskach z wydłużonym dziobem. Tak narodziła się legenda plague doctors – lekarzy od zarazy, którzy mieli nieść pomoc chorym i umierającym.


 Maska z dziobem nie była przypadkiem. Wierzono, że zaraza rozprzestrzenia się przez „złe powietrze”, tzw. miasma. W wydłużony dziób wkładano aromatyczne zioła – rozmaryn, miętę, jałowiec – a nawet nasączane octem gąbki. Skórzane rękawice i długi płaszcz miały chronić przed bezpośrednim dotykiem chorego. Całość wyglądała groźnie, ale w ówczesnym mniemaniu miała być tarczą przeciwko niewidzialnej śmierci.


 Kim byli ci ludzie? Często nie byli to doktorzy z prawdziwego powołania. W wielu miastach zatrudniano ich z zewnątrz. Czasem byli to młodzi medycy bez doświadczenia, czasem nawet zwykli ludzie, którzy zgodzili się pełnić tę rolę. Władze płaciły im pensję i dawały przywileje, bo niewielu chciało ryzykować życie. By znaleźć lekarstwa, mieli zezwolenie na przeprowadzanie sekcji zwłok, która poza takimi przypadkami była zabroniona. Ich zadaniem było:


-opieka nad chorymi – choć ograniczała się do podstawowych zabiegów jak upuszczanie krwi, przykładanie pijawek czy stosowanie mieszanek ziołowych,


-spisywanie liczby zmarłych – prowadzili swoiste kroniki epidemii,


-doglądanie izolowanych dzielnic – pilnowali, by chorzy nie opuszczali kwarantanny.


 Medycy byli niekiedy tak cenni, że władze miasta Barcelona zapłaciły przestępcom okup za dwóch uprowadzonych lekarzy.



 Czy ich pomoc działała? W praktyce niewiele mogli zrobić. Nie znano jeszcze bakterii Yersinia pestis, a pojęcie higieny było bardzo ograniczone. Upuszczanie krwi raczej osłabiało pacjentów niż leczyło, a kadzidła i zioła nie powstrzymywały rozprzestrzeniania się choroby. A jednak sama ich obecność dawała ludziom poczucie, że ktoś czuwa, że nie są całkiem pozostawieni na pastwę losu.


 Nie wolno im było przebywać między zdrowymi ludźmi, ponieważ z powodu wykonywanego zawodu istniało zbyt duże niebezpieczeństwo rozprzestrzeniania choroby. Często sami przebywali w kwarantannie.


 Czy ktoś przeżywał dżumę? Tak. Choć śmiertelność była ogromna, część chorych zyskiwała odporność i wracała do zdrowia. W kronikach z XIV wieku można znaleźć wzmianki o „cudownych ozdrowieńcach”. Na przykład kronikarz z Pistoia we Włoszech wspomina, że choć całe rodziny umierały, zdarzało się, iż pojedyncze osoby w tej samej izbie przeżywały i wracały do zdrowia po długiej gorączce. W 1348 roku pewien mnich w Marsylii pisał, że „niektórzy, dotknięci wrzodami i gorączką, po wielu dniach udręki wstają znów na nogi, ku zdumieniu wszystkich”.


 To pokazuje, że choć dżuma była niemal pewnym wyrokiem, zawsze pozostawał promyk nadziei. Ci, którzy przeżyli, często stawali się odporniejsi na kolejne fale zarazy – i to właśnie oni tworzyli fundament odbudowującej się Europy po epidemii.


 Dziś plague doctors – z ich charakterystycznymi maskami – są jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli dawnych epidemii. Strach, który budzili, mieszał się z nadzieją, że być może przyniosą ratunek. A choć medycyna ich czasów była bezradna wobec zarazy, ich obecność to dowód, że nawet w obliczu bezsilności ludzie starali się walczyć – i pomagać innym.

Komentarze

Popularne posty