Kolędowanie i Herody. Teatr zimowych nocy, który wciąż oddycha

 Kolędowanie to jeden z tych zwyczajów, które nie lubią pośpiechu. Nie da się go zamknąć w jednym wieczorze ani w jednym geście. Ono zaczyna się po cichu, często zaraz po Wigilii, i ciągnie się przez długie dni zimy, aż do Trzech Króli, a czasem jeszcze dalej. Dawniej mówiono, że kto nie usłyszy kolędników, temu rok będzie jałowy. Bo kolędowanie nie było tylko śpiewem. Było wizytą losu.


Kolędnicy jako goście z innego porządku

 W tradycji ludowej kolędnicy nie byli zwykłymi sąsiadami przebranymi w barwne stroje. Traktowano ich jak przybyszy z innego świata. Przychodzili z zewnątrz, często po zmroku, z hałasem, śmiechem, śpiewem i maskami, które zmieniały ich w istoty nie do końca ludzkie. Wierzono, że niosą ze sobą siłę odnowy. Ich obecność miała zapewnić urodzaj, zdrowie i pomyślność.


 Dlatego kolędników należało przyjąć. Nawet jeśli byli głośni. Nawet jeśli straszyli. Odmówienie im wstępu uchodziło za złą wróżbę. Kolędowanie było formą rytuału przejścia. Dom, który odwiedzili, symbolicznie przechodził z jednego roku w drugi.


Postacie, które mówiły więcej niż słowa

 Wśród kolędników pojawiały się postacie dobrze znane, ale ich sens był głębszy niż się dziś wydaje. Anioł i diabeł nie byli tylko elementami religijnej opowieści. Reprezentowali porządek i chaos, dobro i pokusę. Śmierć z kosą przypominała o kruchości życia, ale też o tym, że stary rok musi odejść. Zwierzęta takie jak koza, turon czy koń symbolizowały siły przyrody i płodność.


 Te maski działały jak język symboli. Dzieci się śmiały, dorośli rozumieli więcej, a starzy pamiętali jeszcze więcej. Kolędowanie było wspólnym teatrem, w którym każdy wiedział, jaką rolę odgrywa.


Herody, czyli ludowa opowieść o władzy i strachu

 Szczególną formą kolędowania były Herody. To nie był spontaniczny śpiew. To było przedstawienie. Mały dramat grany w izbach, karczmach i na podwórkach. Opowiadał historię króla Heroda, jego okrucieństwa i nieuchronnego upadku. Obok Heroda pojawiali się żołnierze, marszałek, Żyd, anioł, diabeł i Śmierć. Każda postać miała swój moment, swoje kwestie i swoje znaczenie.


 Herody były formą ludowej krytyki władzy. Pokazywały, że każda tyrania kończy się tak samo. Śmierć zawsze ma ostatnie słowo. Dla ludzi żyjących w czasach bez gazet i bez wolnego słowa było to potężne narzędzie opowieści. Teatr, który mówił prawdę pod przykrywką święta.


Gdzie ten zwyczaj przetrwał do dziś

 Wbrew pozorom kolędowanie i Herody nie zniknęły. One po prostu zeszły z głównych ulic i przeniosły się tam, gdzie pamięć jest silniejsza niż moda.


 Na południu Polski, szczególnie w Małopolsce, na Podhalu i w okolicach Limanowej, Nowego Sącza oraz Rabki, grupy kolędnicze wciąż chodzą od domu do domu. Często są to dzieci i młodzież, ale zdarzają się też grupy dorosłych. Stroje są coraz staranniej rekonstruowane, a teksty przekazywane z pokolenia na pokolenie.


 Herody nadal można zobaczyć w Małopolsce wschodniej, na Podkarpaciu i w części Lubelszczyzny. W wielu wsiach przedstawienia są organizowane co roku i traktowane bardzo poważnie. Nie jako atrakcja, lecz jako obowiązek wobec tradycji. Zdarza się, że młodzi uczą się ról od starszych, a kwestie Heroda pamięta się lepiej niż szkolne wiersze.


 Na Kurpiach i na Podlasiu kolędowanie zachowało archaiczne formy. Pojawiają się tam bardzo stare melodie i maski, które wyglądają niemal jak z muzeum, choć nadal żyją w ruchu i dźwięku.


Kolędowanie dziś, czyli tradycja w nowej formie

 W miastach kolędowanie przybrało inną postać. Często odbywa się na scenach, podczas przeglądów folklorystycznych, w domach kultury. Można powiedzieć, że straciło element zaskoczenia. Ale nie straciło sensu. Wciąż opowiada o tym samym. O wspólnocie. O przejściu. O potrzebie opowieści.


 Coraz częściej wraca też kolędowanie rodzinne. Bez masek, bez scenariusza. Z gitarą, świecą i śpiewnikiem. Może mniej widowiskowe, ale równie potrzebne.


Maria Mackiewicz-Adamus — Wesołych Świąt 'Kolędnicy', kartka z 1960 roku

Dlaczego ten zwyczaj wciąż jest ważny

 Kolędowanie i Herody przypominają, że święta nie zawsze były ciche i idealnie uporządkowane. Były głośne, dzikie, pełne śmiechu i strachu jednocześnie. Były rozmową z losem, a nie tylko dekoracją.


 Dopóki ktoś zakłada maskę, uczy się starej kolędy i puka do drzwi z intencją złożenia życzeń, dopóty ten zwyczaj żyje. Może w mniejszej skali. Może ciszej. Ale wciąż oddycha.


 I być może właśnie dlatego, gdy w zimowy wieczór usłyszymy za drzwiami śpiew, serce na moment bije szybciej. Bo to nie jest tylko kolęda. To echo bardzo starej opowieści, która wciąż chce być słyszana.

Komentarze

Popularne posty