Zimowe istoty Europy, o których rzadko się mówi. Druga część opowieści o bohaterach najdłuższych nocy
Europa ma długą pamięć, choć czasem ukrywa ją pod warstwą grudniowych świateł. Wystarczy jednak odsunąć jedną ozdobę, jedną gałązkę świerku, jeden zasłyszany kolędowy dźwięk, aby zobaczyć, jak wiele dawnych opowieści przetrwało w cieniu współczesnych świąt. Są tam postacie półzapomniane, trochę straszne, trochę wzruszające. Należą do zimy, do mroku i do chwil, w których człowiek patrzy przez okno i zastanawia się, czy ciemność czegoś nie niesie.
To część świątecznego pejzażu, którego na pierwszy rzut oka nie widać. Ale on tam jest, żyje razem z grudniem i powraca każdego roku, kiedy noc robi się najdłuższa.
Frau Perchta, czyli strażniczka zimowych rytuałów
W Alpach, gdzie ludzie zawsze żyli blisko lasów i ostrych wiatrów, opowiadano o kobiecie odzianej w biel i srebro. Nazywano ją Perchtą. Miała twarz, której nie dało się przewidzieć. Raz była piękna jak świeży puch, innym razem surowa jak zamarznięty szczyt. Pojawiała się w okresie między Bożym Narodzeniem a Świętem Trzech Króli. Jej zadaniem było pilnowanie porządku w domach i w sercach. Ludzie wierzyli, że przychodzi sprawdzić, czy dotrzymali danego słowa, czy nie lenili się przy pracy, czy podeszli do zimowych obowiązków z szacunkiem.
Perchta nagradzała pracowitych spokojem. Tych, którzy postępowali źle, mogła nastraszyć tak, że pamiętali o tym przez cały kolejny rok. W wielu regionach organizowano pochody zwane Perchtenlauf. Ludzie zakładali maski przedstawiające duchy i demony, a cała procesja miała odpędzać to, co złe i przyciągać pomyślność. Zima w Alpach nigdy nie była łagodna. Nic dziwnego, że tamtejsze legendy też nie próbowały udawać słodyczy.
Gryla i jej trzynastu synów z Islandii
Jeśli kiedykolwiek wydawało ci się, że europejskie święta są zbyt poważne albo zbyt przewidywalne, warto zajrzeć do islandzkiego folkloru. To tam żyje Gryla, postać, której nie można nazwać ani czarownicą, ani potworem w klasycznym sensie. Jest raczej symbolem zimowej dzikości. Mieszka w górach, a jej przyjście zwiastuje burza śnieżna. Towarzyszy jej czarny kot, który już stał się częścią współczesnej popkultury zimowej. Kobieta ta ma trzynastu synów. Każdy z nich schodzi do ludzi w kolejnych dniach grudnia.
Niektórzy są pomocni, inni psotni, a jeszcze inni wprowadzają lekkie zamieszanie w gospodarstwach. Islandczycy traktują te opowieści z ironią i czułością. Wiedzą, że Gryla jest straszna tylko z pozoru. Tak naprawdę uczy dystansu do zimowych trudów. W końcu na wyspie, gdzie noc zimą trwa prawie całą dobę, a wiatr potrafi zrzucić człowieka z nóg, odrobina humoru jest bezcennym lekarstwem.
Mari Lwyd z Walii. Koń, który odwiedza domy
W Wielkiej Brytanii pojawia się niezwykła postać, która jak żadna inna łączy świat żywych i świat tradycji. W Walii na przełomie roku wędruje Mari Lwyd. Jest to figura przypominająca kościotrupa konia, przystrojona w kolorowe tkaniny i koronki. Niesie ją grupa ludzi, którzy odwiedzają domy i proszą o wpuszczenie do środka. Gospodarze muszą odgrywać z nimi słowny pojedynek. Jeśli wygrają, Mari odchodzi. Jeśli przegrają, koń wchodzi do domu i symbolicznie przynosi szczęście.
Zwyczaj ten wygląda groźnie i surrealistycznie, ale jego sens jest pełen życzliwości. Chodzi o przyjęcie dobra, które przychodzi w nieoczywistej formie. O odwagę w obliczu dziwności. O uśmiech wobec tego, co może wywołać dreszcz. Walia zawsze potrafiła stworzyć tradycje jednocześnie poetyckie i absurdalne.
Hiszpańscy Trzej Królowie i ich nocna droga
W Hiszpanii Boże Narodzenie ma dłuższy oddech. Najważniejsza noc zimy przypada nie 24 grudnia, lecz 5 stycznia. To wtedy ulice wypełniają się światłem i muzyką. Przemierzają je Trzej Królowie, których znamy z biblijnej opowieści, ale tutaj mają bardziej ludzki charakter. To nie są dalecy magowie, lecz bliscy przyjaciele dzieci, którzy wiedzą jak sprawić radość. W paradach jadą na wielbłądach, tańczą z tłumem i rzucają garści słodyczy w stronę najmłodszych.
Kiedy zapada noc, wędrują od domu do domu. Zostawiają prezenty w butach wystawionych przy drzwiach. W niektórych regionach dzieci przygotowują dla wielbłądów wodę i siano. To piękny przykład, jak tradycja religijna może zamienić się w rytuał czułości, który obejmuje całą społeczność. Zima w Hiszpanii jest łagodniejsza niż w innych częściach Europy, ale jej opowieści mają w sobie równie dużo ciepła.
Julbock, czyli nordycki kozioł z sianem w sercu
W Skandynawii natomiast odnajdujemy postać, która wygląda nieco jak odwrócenie znanej nam bożonarodzeniowej ikonografii. Julbock, czyli kozioł bożonarodzeniowy, pojawia się w formie plecionych figurek z żytniej słomy. Dawniej kozioł nie był jedynie dekoracją. Wierzono, że w czasie przesilenia zimowego chroni dom przed złymi duchami i pilnuje ogniska domowego. W niektórych tradycjach to on rozdawał prezenty, zanim rolę przejął święty Mikołaj.
Do dziś można spotkać w Skandynawii postacie ubrane w koziołkowe stroje, które odwiedzają domy, śpiewają kolędy i żartują z mieszkańcami. W ich obecności kryje się echo bardzo dawnych czasów, kiedy zima była walką o przetrwanie, a każdy symbol ochronny miał ogromną wagę.
Dlaczego tak chętnie wracamy do tych opowieści
Być może dlatego, że zimowe legendy nie próbują udawać racjonalnych. Są po prostu odbiciem ludzkiej potrzeby bliskości i sensu. Pokazują, że europejska zima ma wiele odcieni. Błądzą po niej duchy, zwierzęta, starcy, czarownice i święci, a wszystkie te postacie mówią nam coś o własnym lęku przed ciemnością. A jednocześnie o tym, jak bardzo tęsknimy za światłem.
Grudzień zawsze był miesiącem granicznym. Świat maleje, noc rośnie, człowiek zbliża się do samego siebie. W takich chwilach rodzą się opowieści, które trwają dłużej niż śnieg i dłużej niż pamięć o dawnych zwyczajach. Europejskie zimowe postacie są jak latarnie ustawione na mrocznych drogach. Jedne straszą, inne prowadzą, ale wszystkie mówią w pewnym sensie prawdę.


.jpg)




Komentarze
Prześlij komentarz