Marzanna – nie tylko symbol zimy

 Są takie postacie w naszej kulturze, które wszyscy znamy, ale prawie nikt ich naprawdę nie pamięta. Ich imiona przetrwały, ich symbole zostały, ich obrzędy powtarzamy co roku, a jednak sens dawno wyparował, jak para nad rzeką w chłodny marcowy poranek. Marzanna jest jedną z nich. Dziś to tylko kukła. Kilka patyków, słoma, kawałek materiału, czasem uśmiechnięta twarz narysowana flamastrem przez dziecko. Topiona w rzece, podpalana, wynoszona ze wsi przy śmiechu i okrzykach. Symbol zimy, mówią. Symbol końca zimy. Ale Marzanna nigdy nie była tylko zimą. Była czymś znacznie starszym, znacznie poważniejszym i znacznie bardziej niepokojącym.


 Zanim stała się szkolnym rytuałem i elementem wiosennej zabawy, była boginią. I nie była boginią łagodną. Nie przynosiła życia, nie przynosiła światła, nie przynosiła nadziei. Była boginią śmierci, stagnacji, ciemności i tego wszystkiego, co zatrzymuje świat w bezruchu. Jej imię w różnych formach pojawiało się w całej słowiańskiej Europie. Marzanna. Morena. Morana. Marena. Wszystkie te imiona mają wspólny rdzeń. „Mor”. Słowo, które w dawnym języku oznaczało śmierć, zarazę, coś, co przychodziło nagle i zabierało bez ostrzeżenia. To nie przypadek. Ona nie była tylko personifikacją zimy. Była personifikacją końca.


 Zimą świat należał do niej. Ziemia była martwa, drzewa nieruchome, pola puste, rzeki skute lodem. Wszystko trwało, ale nic nie żyło naprawdę. Dla dawnych ludzi to nie była tylko zmiana pory roku. To było doświadczenie graniczne. Zima była przypomnieniem, że życie nie jest dane raz na zawsze. Że wszystko może się zatrzymać. Że ciepło może odejść. Że światło może zgasnąć. Marzanna była obecna w tym milczeniu. W skrzypieniu śniegu pod nogami. W ciemności, która zapadała zbyt wcześnie. W pustych polach, gdzie nic się nie poruszało.



 Ale najbardziej niepokojące było to, że jej władza nie kończyła się nagle. Przedwiośnie nie było triumfem życia. Było walką. Marzanna nie odchodziła dobrowolnie. Trzeba było ją wypędzić. Trzeba było ją zniszczyć. Obrzęd topienia Marzanny nie był symbolicznym pożegnaniem zimy. Był aktem wygnania. Był rytuałem przejścia, który miał pomóc światu wrócić do życia. Ludzie wynosili kukłę poza granice wsi, jakby wynosili coś, co nie powinno już tam być. Często nie wolno było oglądać się za siebie po wrzuceniu jej do wody. Bo to, co odchodzi, nie powinno widzieć, że jest obserwowane. Bo mogłoby wrócić.


 W wielu regionach wierzono, że jeśli obrzęd zostanie wykonany źle, zima może wrócić. Że Marzanna może się obrazić. Że jej odejście nie jest gwarantowane. To mówi nam coś ważnego o dawnym sposobie myślenia. Dla naszych przodków pory roku nie były pewne. Wiosna nie była oczywista. Trzeba było ją wywalczyć. Trzeba było pomóc światu się odrodzić. Marzanna była siłą, która trzymała świat w uśpieniu, i tylko rytuał mógł tę siłę osłabić.


 Ale jest jeszcze coś. Coś, co przetrwało nie w obrzędach, ale w nastroju. Przedwiośnie do dziś ma w sobie coś dziwnego. To nie jest jeszcze wiosna. Śnieg znika, ale ziemia jest czarna i mokra. Drzewa są nagie, ale powietrze już nie jest zimowe. Świat jest pomiędzy. To moment zawieszenia. I właśnie w tym zawieszeniu najłatwiej poczuć obecność czegoś starego. Czegoś, co jeszcze nie odeszło.


 Może dlatego topienie Marzanny odbywa się właśnie wtedy. Nie w środku zimy, gdy jej władza jest pełna. Nie w pełni wiosny, gdy już przegrała. Ale w momencie przejścia. W chwili, gdy jeszcze może zostać. To nie jest tylko symbol. To echo dawnego lęku. Lęku przed tym, że świat może nie wrócić do życia. Że zima może trwać wiecznie. Że coś, co powinno odejść, zostanie.


 Dziś patrzymy na kukłę Marzanny bez strachu. Jest elementem tradycji, folkloru, dziecięcej zabawy. Ale gdzieś głęboko w naszej zbiorowej pamięci pozostało coś więcej. Coś starszego niż słowa. Bo Marzanna nigdy nie była tylko kukłą. Była przypomnieniem, że życie nie jest stanem stałym. Że świat może zamarznąć. I że odrodzenie, które dziś wydaje się oczywiste, kiedyś było cudem, na który trzeba było czekać z niepokojem.


 Może właśnie dlatego przedwiośnie ma w sobie tak szczególną ciszę. To nie jest cisza spokoju. To cisza oczekiwania. Cisza świata, który jeszcze nie wie, czy naprawdę udało mu się wrócić.

Komentarze

Popularne posty