Święty Walenty

 Dawno temu, w trzecim wieku, w Rzymie żył kapłan imieniem Walenty. Był to człowiek o cichym głosie i dobrych rękach – jedni mówili, że lekarz, inni że po prostu ktoś, kto umiał słuchać i nie bał się dotknąć chorego. Cesarz Klaudiusz II miał wtedy obsesję na punkcie armii. Uznał, że żonaty żołnierz walczy słabiej, bo myśli o domu, o kobiecie, o dzieciach, które mogłyby zostać sierotami. Więc po prostu zakazał młodym mężczyznom się żenić. Żadnych ślubów, żadnych przysiąg, żadnych rodzin. Legionista miał należeć tylko do orła i miecza.


 Walenty patrzył na to i nie umiał milczeć. Kiedy przychodzili do niego młodzi ludzie – on i ona, z oczami pełnymi strachu i nadziei – nie odsyłał ich z niczym. W ukryciu, najczęściej nocą, w małych izbach albo w katakumbach, kładł ich dłonie na sobie, wypowiadał słowa błogosławieństwa i ogłaszał, że są mężem i żoną przed Bogiem. Słowo „małżeństwo” ważyło wtedy tyle samo co wyrok śmierci, ale on je wypowiadał spokojnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.


 W końcu ktoś doniósł. Straż przyszła po niego o świcie. Zamknęli go w ciemnej celi, gdzie światło ledwo docierało przez szczelinę wysoko pod sufitem. Tam poznał córkę strażnika – młodą dziewczynę, która od lat nic nie widziała. Przychodziła do niego, przynosiła chleb i wodę, a on opowiadał jej o świecie, którego nie mogła zobaczyć: o kwitnących migdałowcach za murami, o ptakach, które o tej porze roku lecą nisko nad Tybrem, o kolorze nieba, kiedy robi się wieczór. Mówił tak, jakby malował jej obrazy słowami. Któregoś dnia położył dłonie na jej powiekach i poprosił Boga o cud. Nikt nie wie, czy to naprawdę była wiara, czy po prostu miłość, ale dziewczyna nagle krzyknęła – zobaczyła światło, a potem jego twarz.



 Cesarz dowiedział się o wszystkim. Gniew był szybki. Walentego skazano na ścięcie. W przeddzień egzekucji, siedząc w celi, wziął kawałek pergaminu – może list od kogoś z zewnątrz, może resztkę starego dokumentu – i napisał do tej dziewczyny kilka zdań. Na końcu postawił tylko swoje imię i dopisał: „od Twojego Walentego”. Rano wyprowadzili go na plac. Miecz opadł 14 lutego, około roku 270.


 Ludzie zapamiętali go nie jako buntownika przeciwko cesarzowi, tylko jako tego, który nie bał się powiedzieć, że miłość jest ważniejsza niż strach przed śmiercią. Z czasem, kiedy już nikt nie pamiętał dokładnie faktów, a tylko ciepło tej historii, zaczęto mu przypisywać opiekę nad wszystkimi, którzy się kochają. A ten mały list z celi stał się pierwszym walentynkiem – kartką, na której ktoś podpisuje się po prostu „Twój”.

I tak to trwa do dzisiaj.

Komentarze

Popularne posty