Czwarty Sektor. Cz.1 馃摙
Wiosna w tym roku rozwija艂a si臋 opornie. Rano temperatury wci膮偶 spada艂y poni偶ej zera, a dopiero po po艂udniu s艂upek rt臋ci z trudem wspina艂 si臋 do pi臋tnastu stopni. Wieczorami na nowo czu膰 by艂o w powietrzu ten nieprzyjemny, wilgotny ch艂贸d.
Pawe艂 z udawanym zainteresowaniem przewija艂 na Interii artyku艂 o wczorajszym ataku nied藕wiedzia w okolicach Sanoka.
– I co? Napisali co艣 nowego? – Micha艂, tutejszy in偶ynier nadzoru, zerkn膮艂 mu przez rami臋, opieraj膮c si臋 o oparcie krzes艂a.
– Nic, czego nie wiedzieliby艣my wczoraj – wzruszy艂 ramionami Pawe艂, poci膮gaj膮c solidny 艂yk mocnej, sypanej kawy. – Nagonka w komentarzach dopiero si臋 rozkr臋ca.
– M贸wisz? Ju偶 tyle razy straszyli, 偶e wyt臋pi膮 wilki z Bieszczad, a dalej cisza.
– Ale to nie wilk zaatakowa艂 tamtego cz艂owieka.
Drzwi do biura otworzy艂y si臋 z impetem i do 艣rodka bez pukania wtargn膮艂 Robert, prywatnie najlepszy przyjaciel Paw艂a, a w Nadle艣nictwie Baligr贸d specjalista od ochrony lasu i przyrody. Przyni贸s艂 ze sob膮 zapach mokrego polaru, wilgotnej ziemi i 偶ywicy. Zdecydowanie cz臋艣ciej mo偶na by艂o spotka膰 go w g臋stwinie ni偶 za biurkiem, co zreszt膮 potwierdza艂y ub艂ocone do po艂owy 艂ydki spodnie.
– Ten turysta musia艂 po prostu zaskoczy膰 naszego mi艣ka – rzuci艂 na dzie艅 dobry, zerkaj膮c w przelocie na ekran monitora Paw艂a.
Pawe艂 da艂 sobie spok贸j z artyku艂em. Zamkn膮艂 kart臋 przegl膮darki i z nud贸w odruchowo klikn膮艂 przycisk od艣wie偶ania w s艂u偶bowej skrzynce pocztowej.
– Inaczej by go nie zaatakowa艂 – doko艅czy艂 Robert, zdejmuj膮c z ramienia ci臋偶ki plecak i rzucaj膮c go w k膮t pokoju.
– Sk膮d wiesz? Mo偶e nied藕wied藕 by艂 stary albo ranny? – zapyta艂 prowokacyjnie Micha艂.
Robert wzi膮艂 g艂臋boki oddech, zapowiadaj膮cy d艂ug膮, niemal akademick膮 odpowied藕. Pawe艂 u艣miechn膮艂 si臋 pod nosem, gotowy wy艂膮czy膰 si臋 z dyskusji, gdy nagle w lewym dolnym rogu ekranu wyskoczy艂o powiadomienie o nowej wiadomo艣ci. Nadawca nie pochodzi艂 z bieszczadzkich, miejscowych rewir贸w.
– Widzisz, sprawa z nied藕wiedziami zaraz po wybudzeniu wygl膮da tak... – g艂os Roberta przeszed艂 w tryb wyk艂adowy i powoli zla艂 si臋 w jednostajny, przyt艂umiony szum.
Pawe艂 przesta艂 ju偶 go s艂ucha膰. Wpatrywa艂 si臋 w niewielki, szary prostok膮t, kt贸ry wyskoczy艂 w lewym dolnym rogu monitora. Ale niemal s艂ysza艂 jak Micha艂 przewraca oczami, s艂uchaj膮c monologu Roberta.
Nadawca: Tomasz Kaczmarek. Nadle艣nictwo Borne Sulinowo.
Przez u艂amek sekundy m贸zg Paw艂a nie potrafi艂 dopasowa膰 tego nazwiska do 偶adnej konkretnej twarzy. A potem, jak za pstrykni臋ciem palc贸w, z zakamark贸w pami臋ci wyp艂yn臋艂y czasy studi贸w na Wydziale Le艣nym w Krakowie. To by艂o ledwie dwana艣cie lat temu, ale wydawa艂o si臋 jak z innej epoki. Tomek. Ten sam Tomek, z kt贸rym zarywa艂 noce przed egzaminami z hodowli lasu. Zawsze by艂 najbardziej pragmatycznym, bole艣nie racjonalnym go艣ciem na ca艂ym roku. 呕adnych g艂upich 偶art贸w, 偶adnej sk艂onno艣ci do przesady. Po obronie dyplomu Tomek niemal od razu wyjecha艂 na p贸艂noc, ci膮gn臋艂o go na wrzosowiska i p艂askie jak st贸艂 pomorskie lasy. Poza zdawkowymi 偶yczeniami na 艣wi臋ta, nie odzywali si臋 do siebie od lat.
Pawe艂 poruszy艂 myszk膮 i klikn膮艂 powiadomienie. Temat wiadomo艣ci brzmia艂 sucho i oficjalnie: "Pro艣ba o konsultacj臋 teriologiczn膮 (rysie)", ale to, co kry艂o si臋 w samej tre艣ci, sprawi艂o, 偶e kawa w ustach Paw艂a nagle zrobi艂a si臋 cierpka.
"Pawe艂, wiem, 偶e to brzmi jak szale艅stwo, ale musisz tu przyjecha膰 pod byle pretekstem. Znalaz艂em wczoraj przy starym szybie wentylacyjnym w sektorze czwartym truch艂o jelenia. Nie zosta艂 upolowany przez wilki. Brakuje mu tylko jednej, specyficznej ko艣ci z kr臋gos艂upa, a wok贸艂 nie ma ani kropli krwi. Do tego obro偶e telemetryczne naszych rysi wariuj膮 – logi z GPS wskazuj膮, 偶e zwierz臋ta przebywaj膮 kilkana艣cie metr贸w pod ziemi膮. Miejscowi znowu znosz膮 wapno na skraj lasu. Nikomu tu nie ufam. Poka偶臋 Ci to na miejscu. Przyjed藕."
Z ty艂u g艂owy dobieg艂 go g艂o艣ny 艣miech Micha艂a, kt贸ry w ten spos贸b skwitowa艂 jak膮艣 puent臋 Roberta. Pawe艂 jednak w og贸le tego ju偶 nie zarejestrowa艂. Wbi艂 wzrok w 艣wiec膮cy ekran, czuj膮c nieprzyjemny, zimny dreszcz na karku. Tomek Kaczmarek nie wierzy艂 w duchy, nie ulega艂 panice i na pewno nie szafowa艂by takimi s艂owami bez powodu.
Pawe艂 odruchowo zminimalizowa艂 okno poczty, zanim ktokolwiek zd膮偶y艂 spojrze膰 w stron臋 jego monitora. Prze艂kn膮艂 艣lin臋, poci膮gn膮艂 kolejny 艂yk kawy – kt贸ra nagle wyda艂a mu si臋 w smaku przypomina膰 popi贸艂 – i odwr贸ci艂 si臋 na krze艣le w stron臋 koleg贸w. Musia艂 co艣 rzuci膰, zanim zauwa偶膮, 偶e st臋偶a艂a mu twarz.
– Zgadzam si臋 z Robertem – odezwa艂 si臋, staraj膮c si臋, by jego g艂os brzmia艂 swobodnie i leniwie. – Taki nied藕wied藕 tu偶 po wybudzeniu to nie jest drapie偶nik na 艂owach. To trzysta kilo chodz膮cego, w艂ochatego kaca i pot臋偶nej irytacji.
Micha艂 prychn膮艂 pod nosem, a Robert pokiwa艂 g艂ow膮 z wyra藕n膮 aprobat膮, zadowolony, 偶e ekspert popar艂 jego teori臋.
– Pami臋tacie tego starego samca, co wybudzi艂 si臋 za wcze艣nie dwa lata temu w le艣nictwie Tworylne? – ci膮gn膮艂 Pawe艂, opieraj膮c 艂okcie na kolanach i zmuszaj膮c si臋 do u艣miechu. – Szed艂 przez las jak w transie. Min膮艂 pilarzy z ZUL-u w odleg艂o艣ci pi臋tnastu metr贸w, w og贸le nie zwr贸ci艂 uwagi na rycz膮ce pi艂y spalinowe, po czym wyszed艂 na drog臋 zrywkow膮 i zdemolowa艂 im zaparkowanego busa. Wybi艂 szyb臋, rozerwa艂 tapicerk臋 z takim impetem, 偶e z auta zosta艂y strz臋py. A wszystko dlatego, 偶e kt贸ry艣 drwal zostawi艂 na desce rozdzielczej niedojedzon膮 kanapk臋 z szynk膮. Ten turysta pod Sanokiem po prostu znalaz艂 si臋 w niew艂a艣ciwym miejscu, zanim m贸zg mi艣ka zd膮偶y艂 do ko艅ca obudzi膰 si臋 z zimowego letargu.
– Dok艂adnie o tym m贸wi臋! – ucieszy艂 si臋 Robert, uderzaj膮c d艂oni膮 w udo. – Zero kalkulacji. Czysty, zaspany, wkurzony instynkt. Turysta zrobi艂 pewnie gwa艂towny ruch i nieszcz臋艣cie gotowe.
Kiedy koledzy wr贸cili do przerzucania si臋 argumentami na temat nieodpowiedzialno艣ci miastowych w g贸rach, Pawe艂 powoli odwr贸ci艂 si臋 z powrotem do biurka. U艣miech natychmiast znikn膮艂 z jego twarzy. Wlepi艂 pusty wzrok w pulpit komputera.
"Znalaz艂em truch艂o... brakuje specyficznej ko艣ci... logi z GPS wskazuj膮 kilkana艣cie metr贸w pod ziemi膮." S艂owa Tomka dudni艂y mu w czaszce w rytm przyspieszonego t臋tna. Musia艂 pojecha膰 do Bornego Sulinowa. I to szybko. Teraz musia艂 tylko wymy艣li膰 przed Nadle艣niczym wiarygodny, 偶elazny pow贸d, by dosta膰 oficjaln膮 delegacj臋 na drugi koniec Polski w samym 艣rodku wiosennej inwentaryzacji.
Pawe艂 zapuka艂 do ci臋偶kich, d臋bowych drzwi z tabliczk膮 „Nadle艣niczy”. Us艂ysza艂 kr贸tkie „prosz臋” i wszed艂 do 艣rodka. Pomieszczenie pachnia艂o starymi aktami i woskiem do pod艂贸g. Za biurkiem siedzia艂 starszy m臋偶czyzna o twarzy pooranej zmarszczkami, kt贸ry w Lasach Pa艅stwowych widzia艂 ju偶 chyba wszystko – od wielkich po偶ar贸w po polityczne zawirowania.
– Szefie, jest sprawa. Dosta艂em maila z Bornego Sulinowa – zacz膮艂 Pawe艂, staraj膮c si臋, by jego g艂os brzmia艂 jak najbardziej urz臋dowo. – Maj膮 tam spore problemy z adaptacj膮 tych nowo wypuszczonych rysi. GPS-y wariuj膮, zwierz臋ta wykazuj膮 nietypowe zachowania 偶erowe, a lokalny zesp贸艂 nie do ko艅ca radzi sobie z interpretacj膮 danych terenowych.
Nadle艣niczy znad okular贸w spojrza艂 na Paw艂a, b臋bni膮c palcami o blat. – Borne? To kawa艂 drogi, Pawe艂. A u nas inwentaryzacja w pe艂ni. Robert sam nie ogarnie wszystkich rewir贸w.
– Wiem, szefie. Ale oni tam operuj膮 na populacji nizinnej, kt贸ra jest kluczowa dla korytarzy ekologicznych na zach贸d Europy. Je艣li te rysie zaczn膮 pada膰 albo co gorsza, wejd膮 w szkod臋 w dziwny spos贸b, to rykoszetem oberwiemy wszyscy. Tomek Kaczmarek, ich specjalista, prosi o trzy dni konsultacji. Chce, 偶ebym rzuci艂 okiem na ich logi i przeszed艂 si臋 z nimi w teren. W ramach wsp贸艂pracy mi臋dzyregionalnej to wygl膮da... profesjonalnie.
Nadle艣niczy westchn膮艂, ale Pawe艂 widzia艂, 偶e argument o "wsp贸艂pracy mi臋dzyregionalnej" trafi艂 w odpowiedni punkt. W Lasach Pa艅stwowych nikt nie chcia艂 by膰 tym, kt贸ry odm贸wi艂 pomocy przy presti偶owym projekcie.
– Trzy dni? – upewni艂 si臋 szef.
– Trzy dni w terenie plus dojazd. Wr贸c臋 przed ko艅cem tygodnia i nadgoni臋 raporty z Tworylnego – zapewni艂 szybko Pawe艂.
– Dobra. Wypisz wniosek o delegacj臋. We藕 s艂u偶bow膮 Daci臋, tylko zatankuj j膮 do pe艂na jeszcze u nas. I Pawe艂... – Nadle艣niczy zawiesi艂 g艂os, patrz膮c mu prosto w oczy. – Skup si臋 na rysiach. Nie daj si臋 wci膮gn膮膰 w te ich pomorskie historie o ukrytych skarbach w bunkrach. Oni tam wszyscy maj膮 lekkiego bzika na punkcie tego, co Rosjanie zostawili pod ziemi膮.
Pawe艂 poczu艂, jak serce bije mu nieco szybciej, ale tylko skin膮艂 g艂ow膮. – Jasne, szefie. Tylko rysie.



Komentarze
Prze艣lij komentarz