Diabeł w szczegółach, czyli pragmatyzm w czarnym płaszczu

 Gdyby przeprowadzić uliczną ankietę i zapytać o pierwsze skojarzenie ze słowem „satanizm”, większość odpowiedzi oscylowałaby wokół mrocznych piwnic, rytualnych sztyletów i filmowej grozy. Tymczasem rzeczywistość filozofii, którą w 1966 roku skodyfikował Anton Szandor LaVey w San Francisco, jest uderzająco... przyziemna. Dla postronnego obserwatora satanizm laveyowski może okazać się nie tyle religią, co radykalną formą psychologii sukcesu, ubraną w gotycki kostium.


Mit o „Satanic Panic”

 Zanim przejdziemy do tego, czym ten nurt jest, warto przypomnieć, dlaczego tak bardzo się go boimy. W latach 80. i 90. XX wieku światem zachodnim wstrząsnęła tzw. Szatańska Panika (Satanic Panic). Był to fenomen socjologiczny, w którym media, terapeuci i organy ścigania nakręcały spiralę strachu przed rzekomymi ogólnokrajowymi sieciami kultów składających ofiary z ludzi.


 Mimo tysięcy przesłuchań i zniszczonych żyć (jak w słynnym procesie przedszkola McMartin), śledztwa FBI (m.in. raport Kennetha Lanninga z 1992 roku) jednoznacznie wykazały, że zorganizowany satanizm zbrodniczy nie istnieje. Był to nowoczesny wariant polowania na czarownice, który jednak na stałe zaszczepił w masowej wyobraźni obraz satanisty jako krwiożerczego przestępcy.



Biblia, która nie wierzy w boga (ani diabła)

 Fundamentem tego nurtu jest Biblia Szatana (1969). Lektura tej książki może być rozczarowaniem dla poszukiwaczy mrocznych zaklęć. LaVey, czerpiąc garściami z Nietzschego, Ayn Rand czy Darwina, stworzył system ateistyczny. Szatan nie jest tu istotą, lecz archetypem. Jak pisze LaVey:


 „Szatan reprezentuje dogłębne zrozumienie natury ludzkiej i radosną akceptację życia takiego, jakie ono jest”.


 W tej filozofii najwyższym bóstwem jest „Ja”. To skrajny indywidualizm, który mówi, że człowiek jest odpowiedzialny za własny los, a modlitwa to strata czasu, którą lepiej spożytkować na działanie.


Moralność wzajemności, nie miłosierdzia

 To, co najbardziej odróżnia ten system od chrześcijaństwa, to podejście do etyki. Podczas gdy katolicyzm promuje bezwarunkową miłość bliźniego i przebaczanie, satanizm laveyowski stawia na sprawiedliwość odwetową. Ich zasada brzmi: bądź uprzejmy dla tych, którzy na to zasługują, ale „niszcz” tych, którzy naruszają twoją wolność.


 Co ciekawe, ten „mroczny” system posiada bardzo sztywne ramy ochronne dla najsłabszych. Wspomniane przez nas wcześniej Jedenaście Przykazań Satanistycznych na Ziemi kategorycznie zakazuje krzywdzenia dzieci i zwierząt. Dlaczego? Ponieważ w oczach satanisty są one istotami najczystszymi, które – w przeciwieństwie do dorosłych ludzi – nie są skażone hipokryzją i kłamstwem.


Teatr dla racjonalistów

 Pojawia się pytanie: po co te wszystkie rytuały, czarne msze i pentagramy, skoro to ateiści? LaVey był showmanem i doskonale rozumiał ludzką psychikę. Wiedział, że człowiek potrzebuje rytuału, by domknąć pewne etapy emocjonalne. Nazywał to psychodramą.


 Zamiast tłumić gniew czy pożądanie, satanista ma je „odpompować” w bezpiecznych warunkach rytualnych, by na co dzień funkcjonować jako spokojny, opanowany i – co najważniejsze – produktywny członek społeczeństwa. To paradoks: satanizm laveyowski promuje bycie „dobrym obywatelem”, bo konflikt z prawem po prostu się nie opłaca i przeszkadza w cieszeniu się życiem.


Podsumowanie

 Patrząc na satanizm laveyowski bez emocji, dostrzegamy nie tyle armię mroku, co grupę ludzi, którzy postanowili wziąć idee oświeceniowego racjonalizmu i ubrać je w estetykę buntu. Można się nie zgadzać z ich egoizmem czy odrzuceniem pokory, ale warto wiedzieć, że ich „diabeł” częściej czyta książki o psychologii i dba o porządek w ogrodzie, niż bierze udział w krwawych obrzędach, którymi straszyły nas wieczorne wiadomości trzydzieści lat temu.


 To filozofia dla tych, którzy wolą twarde „tu i teraz” od obietnicy „kiedyś tam”, a swoje poczucie moralności opierają na własnym kręgosłupie, a nie na strachu przed karą z niebios.

Komentarze

Popularne posty