Biel, taniec i zdrobniały strach – nieznana historia Śmiertek z łemkomszczyzny

 To fascynujące, jak jedna nazwa może kryć dwa zupełnie inne światy. Podczas gdy „ogólnopolska” Śmiertka to koścista postać w bieli, która przypomina nam o nieuchronnym końcu, jej łemkowskie kuzynki to towarzystwo, z którym, przy odrobinie szczęścia i dobrych manierach, można by nawet uciąć sobie pogawędkę.


 Łemkowskie śmiertki to dowód na to, że wyobraźnia ludowa potrafi być niezwykle przewrotna. W tym beskidzkim wydaniu śmierć przestaje być samotną, milczącą personifikacją, a staje się wspólnotą. Śmiertki występują w liczbie mnogiej, co od razu zdejmuje z nich ten ciężki, metafizyczny mrok. Przestają być sędziami ostatecznymi, a stają się czymś na kształt cmentarnych gospodyń lub specyficznej odmiany „małego ludku”.



 Co w nich najbardziej urzeka? Przede wszystkim ich pasje. Łemkowskie śmiertki kochają śpiew i taniec. Wyobraźmy sobie tę scenę: noc, cmentarz, absolutna cisza Beskidu Niskiego i nagle... rytmiczne wyliczanie dni tygodnia. To nie jest obraz z horroru, to raczej scena z surrealistycznego musicalu. Te istoty mają w sobie coś z dziecięcej naiwności. Utykają w swojej ulubionej piosence na piątku i potrzebują pomocy przechodnia, by „dobić” do soboty.


 Są sympatyczne, bo są sprawiedliwe w sposób bardzo ludzki. Nie szukają dusz do potępienia czy przestraszenia, lecz towarzystwa do zabawy. Ich „magia” nie służy czynieniu zła, a raczej przywracaniu porządku moralnego. Zdjęcie garbu z pleców uczciwego czeladnika to akt czystej, bezinteresownej sympatii. Oczywiście, bywają surowe dla chciwców, ale czy możemy je za to winić? W świecie, gdzie sprawiedliwość rzadko triumfowała na co dzień, śmiertki były tymi, które dbały, by ostatecznie dobro zostało nagrodzone, a pycha ukarana, i to w sposób dość widowiskowy.


 W tych opowieściach bije serce kultury, która potrafiła oswoić cmentarz. Cmentarz dla Łemków nie był miejscem wyklętym, a śmiertki nie były demonami. Były sąsiadkami zza tej najdłuższej granicy, które, choć potrafiły być niebezpieczne, ceniły sobie dobrą piosenkę i szacunek. Patrząc na nie, można odnieść wrażenie, że śmierć w Karpatach miała nieco lżejszy krok i zdecydowanie lepszy słuch. Warto o nich pamiętać, bo w świecie zdominowanym przez ponure żniwa, te tańczące i śpiewające istoty przypominają nam, że nawet w obliczu ostateczności jest miejsce na odrobinę życzliwości i wspólnego rytmu.




Komentarze

Popularne posty