Czwarty Sektor. Cz. 6
Reszta nocy zla艂a si臋 dla Paw艂a w ci膮g niespokojnego przewracania si臋 na niewygodnej, rozk艂adanej kanapie w go艣cinnym pokoju Tomka. Za oknem wci膮偶 la艂o, a krople b臋bni艂y o blaszany parapet z monotoni膮, kt贸ra zamiast usypia膰, doprowadza艂a go do sza艂u.
Pr贸bowa艂 zebra膰 my艣li i uporz膮dkowa膰 fakty. Uciec w znany sobie, le艣ny pragmatyzm. Przyjecha艂em tu do rysi, powtarza艂 sobie w duchu, wpatruj膮c si臋 w ciemny sufit. Tylko i wy艂膮cznie. Mam zdiagnozowa膰 problem z reintrodukcj膮, sprawdzi膰 logi i pom贸c im z lokalizacj膮. Trzyma艂 si臋 tej my艣li jak ko艂a ratunkowego. Nie chcia艂 my艣le膰 o b艂臋kitnej kropce pod drzwiami. Nie chcia艂 analizowa膰 tego wibruj膮cego ryku ukrytego w grzmocie, kt贸ry wci膮偶 rezonowa艂 mu gdzie艣 na dnie czaszki.
Zamiast tego jego umys艂, szukaj膮c ucieczki od grozy Bornego Sulinowa, poszybowa艂 na po艂udnie. Wr贸ci艂 w Bieszczady.
Przypomnia艂 sobie tamten pa藕dziernikowy wyjazd na Po艂onin臋 Cary艅sk膮 z Klar膮. To by艂 jeden z tych dni, kiedy g贸ry pokazywa艂y swoje surowe oblicze – wia艂o tak pot臋偶nie, 偶e lodowate podmuchy dos艂ownie zapiera艂y dech w piersiach, a po偶贸艂k艂e trawy k艂ad艂y si臋 p艂asko na ziemi. Klara trz臋s艂a si臋 z zimna, wiatr zrywa艂 jej kaptur z g艂owy, wi臋c Pawe艂 obj膮艂 j膮 mocno, przyciskaj膮c jej plecy do swojej klatki piersiowej, by os艂oni膰 j膮 w艂asnym cia艂em.
Zaplata艂a wtedy w艂osy w dwa d艂ugie, grube warkocze, czarne jak skrzyd艂a kruka. Wiatr podchwyci艂 je i owin膮艂 ciasno wok贸艂 szyi Paw艂a, niczym mi臋kki, jedwabny sznur. Klara odwr贸ci艂a wtedy g艂ow臋, a jej usta znalaz艂y si臋 tu偶 przy jego uchu. U艣miecha艂a si臋 szeroko, z t膮 swoj膮 miejsk膮 brawur膮, a on czu艂 si臋, jakby tymi warkoczami fizycznie przywi膮za艂a go do siebie. Na zawsze. Wierzy艂 wtedy, 偶e nie ma si艂y, kt贸ra mog艂aby zerwa膰 t臋 wi臋藕.
Zacisn膮艂 powieki. Warkocze w jego p贸艂艣nie nagle sta艂y si臋 ci臋偶kie, sztywne. Zmieni艂y si臋 w grube, polimerowe obro偶e telemetryczne. Twarz Klary rozp艂yn臋艂a si臋 we mgle, a jej miejsce zaj臋艂a przera偶aj膮ca my艣l o celu jego podr贸偶y. Rysiach, kt贸re teraz wed艂ug wskaza艅 GPS tkwi艂y osiem metr贸w pod warstw膮 ziemi i betonu Sektora Czwartego. Jakim cudem tam wesz艂y? Czy 偶y艂y? A je艣li tak, to w jakiej formie?
Sen, kt贸ry w ko艅cu nadszed艂, by艂 p艂ytki, duszny i pe艂en trzask贸w przesterowanych nadajnik贸w.
Obudzi艂 si臋 gwa艂townie, z sercem 艂omocz膮cym o 偶ebra. Szar贸wka poranka ledwie przeciska艂a si臋 przez szczeliny w roletach.
Tu偶 nad jego 艂贸偶kiem sta艂 Tomek. Wygl膮da艂 jak upi贸r. Mia艂 na sobie te same ubrania co wczoraj, a jego oczy by艂y zaczerwienione, szeroko otwarte i ca艂kowicie pozbawione blasku.
– Pawe艂 – wychrypia艂 gospodarz, nie witaj膮c si臋. – Wstawaj. Prosz臋 ci臋, chod藕 ze mn膮.
Pawe艂 zrzuci艂 z siebie koc, w u艂amku sekundy odzyskuj膮c pe艂n膮 przytomno艣膰. Adrenalina zn贸w zala艂a jego krwiobieg.
– Co si臋 sta艂o? Znowu to s艂ysza艂e艣? Pod drzwiami? – zapyta艂, odruchowo si臋gaj膮c po le偶膮cy na pod艂odze n贸偶.
– Nie, nie s艂ysza艂em. Po prostu... chod藕.
Wyszli na korytarz, a na korytarz klatki schodowej.
Pawe艂 odruchowo cofn膮艂 si臋 o krok i musia艂 zatka膰 nos. Uderzy艂 go dusz膮cy fetor, mieszanka gnij膮cego mi臋sa, ostrej chemii i spalonego plastiku. Powietrze by艂o tu dziwnie ci臋偶kie, niemal wilgotne.
- To tak 艣mierdzi. Szed艂em do 艂azienki i co艣 poczu艂em… Pomy艣la艂em, 偶e mo偶e kto艣 co艣 podrzuci艂 na wycieraczk臋… Ale o艣wieci艂em 艣wiat艂o i zobaczy艂em to.
Pawe艂 podszed艂 ostro偶nie bli偶ej, mru偶膮c oczy w s艂abym 艣wietle 偶ar贸wki.
Na wysoko艣ci klamki, przez ca艂膮 d艂ugo艣膰 framugi, ci膮gn臋艂a si臋 gruba, oleista smuga ciemnego, p贸艂przezroczystego 艣luzu. Substancja nie by艂a sucha. Wci膮偶 偶y艂a w艂asnym 偶yciem, 艣ciekaj膮c po drewnianej framudze drzwi i 艣cianie.
Ci臋偶ka kropla tej mazi oderwa艂a si臋 od klamki i spad艂a na wycieraczk臋.
Pawe艂 wbi艂 wzrok w 艣cian臋. To nie by艂 przypadkowy 艣lad zostawiony w biegu. Tego 艣luzu by艂o za du偶o. To wygl膮da艂o tak, jakby chwil臋 wcze艣niej sta艂o tu co艣 ogromnego. Co艣, co z premedytacj膮 opar艂o si臋 o drzwi, ci臋偶ko dysz膮c, i przez d艂u偶sz膮 chwil臋 nas艂uchiwa艂o tego, co dzia艂o si臋 w 艣rodku.



Komentarze
Prze艣lij komentarz