Żołnierze, którzy nie wyszli z lasu. Powojenna legenda dolnośląskich „wilkołaków”
Wojna oficjalnie dobiegła końca, ale w dolnośląskich górach nie wszyscy chcieli od razu w to uwierzyć. Tak przynajmniej opowiadano przez kolejne dziesięciolecia. Jeszcze długo po maju 1945 roku wśród mieszkańców krążyły historie o niemieckich żołnierzach, którzy nie złożyli broni, nie oddali się do niewoli i nie wrócili do rodzin. Mieli znikać w lasach Gór Sowich, Karkonoszy, Gór Stołowych oraz ziemi kłodzkiej. Podobno nocowali w starych schronach, sztolniach i leśniczówkach, korzystali z wcześniej przygotowanych zapasów, a czasem pojawiali się nocą w pobliżu niemieckich gospodarstw, gdzie otrzymywali żywność i informacje. Jedni widzieli w nich fanatycznych esesmanów, inni maruderów próbujących uniknąć sowieckiej niewoli, jeszcze inni członków tajemniczego Werwolfu. Dziś trudno ustalić, ile w tych opowieściach było prawdy. Nie można jednak powiedzieć, że narodziły się zupełnie z niczego.
Werwolf rzeczywiście istniał. Nie był wyłącznie wymysłem powojennej propagandy ani nazwą stworzoną przez autorów sensacyjnych książek. Organizację powołano pod koniec wojny z inicjatywy władz III Rzeszy. Jej członkowie mieli prowadzić działania dywersyjne na terenach zajętych przez przeciwnika, dokonywać sabotażu, gromadzić broń, atakować przedstawicieli nowych władz oraz karać Niemców współpracujących z aliantami. Niemiecka Federalna Centrala Kształcenia Politycznego, Bundeszentrale für politische Bildung, podaje, że Werwolf powstał we wrześniu 1944 roku z inicjatywy Heinricha Himmlera. Organizacja przeprowadziła pojedyncze zamachy, lecz jako formacja wojskowa okazała się nieskuteczna. Sama jej obecność wywoływała jednak ogromną nerwowość wśród wojsk alianckich oraz administracji obejmującej niemieckie terytoria. I właśnie ta nerwowość okazała się niezwykle trwała.
Dolny Śląsk był idealnym miejscem do narodzin takich historii. W 1945 roku był to region pogrążony w chaosie, pełen ludzi, którzy jeszcze kilka miesięcy wcześniej znajdowali się po różnych stronach wojny. Po drogach przemieszczali się żołnierze, jeńcy, byli robotnicy przymusowi, więźniowie obozów, uchodźcy i szabrownicy. W wielu miejscowościach polska administracja dopiero zaczynała się organizować, a większość mieszkańców nadal stanowili Niemcy. Małgorzata Ruchniewicz z Uniwersytetu Wrocławskiego w artykule „Koniec i początek. Lata 1945–1946 w Dusznikach i regionie kłodzkim w zapisach autobiograficznych” podaje, że w chwili wkroczenia wojsk radzieckich na ziemi kłodzkiej znajdowało się około 180 tysięcy stałych mieszkańców, około 80 tysięcy uchodźców z innych części Niemiec oraz kilka tysięcy robotników przymusowych. Same Duszniki, liczące przed wojną niespełna pięć tysięcy mieszkańców, miały przyjąć około dziewięciu tysięcy ewakuowanych i uciekinierów. W takim tłumie łatwo było ukryć przeszłość, zmienić ubranie, pozbyć się dokumentów i przez pewien czas udawać zwykłego cywila.
Do tego dochodził krajobraz. Góry, rozległe lasy, opuszczone zakłady przemysłowe, poniemieckie schrony, wyrobiska, sztolnie oraz budowle wojskowe działały na wyobraźnię. Nowi mieszkańcy często nie znali nawet okolicy własnego domu. Nie wiedzieli, dokąd prowadzi leśna droga, co znajduje się za zamurowanym wejściem ani kto mieszkał wcześniej w stojącym na uboczu gospodarstwie. Gdy nocą znikała żywność, w lesie zauważano światło albo z oddali dobiegał strzał, najprostszym wyjaśnieniem stawał się ukrywający Niemiec. Z czasem pojedynczy człowiek zamieniał się w grupę, grupa w oddział, a oddział w doskonale przygotowaną organizację dysponującą bunkrami, radiostacjami, składami broni i zapasami na wiele lat.
Jednym z najlepiej opisanych przykładów takiej historii jest sprawa domniemanej szkoły dywersyjnej „Schill” w Dusznikach Zdroju. Zbadał ją historyk Krzysztof Łagojda w artykule „Tu i ówdzie grasują wilkołaki. Sprawa operacyjnego sprawdzenia kryptonim Dywersant dotycząca niemieckiej szkoły dywersyjno wywiadowczej w Dusznikach Zdroju”. Tekst został opublikowany w „Roczniku Muzeum Papiernictwa” i jest dostępny w Dolnośląskiej Bibliotece Cyfrowej. Według informacji zbieranych przez Urząd Bezpieczeństwa w Dusznikach miała przed końcem wojny działać tajna placówka szkoląca ludzi do walki na tyłach frontu. Opowiadano o młodych Niemcach przygotowywanych do sabotażu, o tajemniczych instruktorach oraz o magazynach pozostawionych na czas po wkroczeniu przeciwnika.
Problem polega na tym, że większość informacji pochodziła z pogłosek. Jeden świadek słyszał coś od drugiego, drugi znał człowieka, który podobno widział uczestników szkolenia, a kolejny był przekonany, że w górach ukryto broń, żywność i kosztowności. Funkcjonariusze UB przez lata sprawdzali nazwiska, przesłuchiwali mieszkańców i wykorzystywali informatorów. W dokumentach pojawiła się nawet wiadomość o rzekomym skarbie SS ukrytym w Górach Stołowych oraz o znajdujących się tam bunkrach wojskowych. Jak zauważa Łagojda, doniesienia o tajnych magazynach doskonale łączyły historię Werwolfu z opowieściami o skarbach III Rzeszy.
Sprawę „Dywersant” ostatecznie przekazano do archiwum w 1956 roku. Nie potwierdzono powojennej działalności grupy związanej ze szkołą „Schill”. Nie odnaleziono również opisywanych magazynów broni, żywności i złota. Sam Łagojda określa rozpracowanie jako swoisty „festiwal donosów”, podczas którego informatorzy dostarczali kolejne zasłyszane wiadomości, niejednokrotnie coraz bardziej sensacyjne. Historyk nie wyklucza, że w Dusznikach rzeczywiście funkcjonowała podczas wojny jakaś placówka szkoleniowa. Nie ma jednak pewności, czym dokładnie była, ilu ludzi przez nią przeszło oraz czy jej uczestnicy podjęli po wojnie działalność dywersyjną. Podobne wątpliwości dotyczą domniemanej placówki „Wartha” w Bardzie. Wiadomo, że w latach 1944 i 1945 istniała tam szkoła dla wyróżniających się członków Hitlerjugend. Nie udało się natomiast potwierdzić, że była to szkoła Werwolfu przygotowująca młodzież do późniejszej walki podziemnej.
Czy oznacza to, że wszystkie opowieści o ukrywających się żołnierzach należy uznać za wymysł? Niekoniecznie. Po klęsce III Rzeszy na Dolnym Śląsku z pewnością znajdowali się byli żołnierze, członkowie organizacji nazistowskich, dezerterzy i ludzie obawiający się odpowiedzialności za swoją wojenną przeszłość. Niektórzy mogli przez pewien czas ukrywać się pod fałszywą tożsamością, wśród ludności cywilnej lub w trudno dostępnych miejscach. Czym innym jest jednak obecność pojedynczych ukrywających się osób, a czym innym działalność licznego, sprawnie dowodzonego podziemia prowadzącego regularną walkę przeciwko polskiej administracji.
Krzysztof Łagojda zwraca uwagę, że większość współczesnych badaczy działalności Urzędu Bezpieczeństwa na Dolnym Śląsku nie znajduje wystarczających dowodów na istnienie rozbudowanego niemieckiego podziemia zbrojnego. Zagrożenie mogło istnieć, ale jego skala była prawdopodobnie niewielka. Historyk Jarosław Syrnyk przestrzega jednak przed całkowitym lekceważeniem problemu. Z kolei Joanna Hytrek Hryciuk ustaliła, że w latach 1946–1950 przed Wojskowym Sądem Rejonowym we Wrocławiu odbyło się kilkadziesiąt procesów osób oskarżanych o udział w niemieckich organizacjach podziemnych. Zapadło co najmniej 26 wyroków śmierci. Nie jest to jednak automatyczny dowód na istnienie Werwolfu. Powojenne śledztwa oraz procesy prowadził aparat represji, który stosował przemoc, wymuszał zeznania i posługiwał się pojęciem niemieckiego podziemia także do celów politycznych.
Warto przywołać również opinię Stanisława Piaseckiego, jednego z pierwszych przedstawicieli polskiej administracji na Dolnym Śląsku. W relacji nagranej w 1963 roku stwierdził, że nie zetknął się w regionie z żadną akcją zbrojną Werwolfu. Według niego Niemcy wiedzieli, że wojna została przegrana, i nie byli przygotowani do prowadzenia partyzantki w nowych warunkach. Była to oczywiście perspektywa jednego człowieka, ale człowieka, który przybył na Dolny Śląsk w pierwszych tygodniach po upadku III Rzeszy. Jego słowa wyraźnie kontrastują z późniejszymi opowieściami o setkach doskonale uzbrojonych żołnierzy oczekujących w lasach na rozkaz wznowienia walki.
Zagrożenie Werwolfem było również wygodne dla powojennej propagandy. Pozwalało tłumaczyć obecność licznych funkcjonariuszy UB i MO, uzasadniać obserwowanie ludności niemieckiej oraz przedstawiać każdą formę oporu wobec nowych władz jako element wielkiego spisku. Oficjalna prasa pisała o „wilkołakach” grasujących po lasach, a kolejne publikacje podtrzymywały obraz świetnie zorganizowanej, bezwzględnej siatki. Wydany przez Instytut Pamięci Narodowej tom „Urząd Bezpieczeństwa na Dolnym Śląsku 1945–1956” zawiera osobny rozdział Joanny Hytrek Hryciuk poświęcony działaniom WUBP wobec tak zwanego podziemia niemieckiego. Sama obecność cudzysłowu przy tym określeniu dobrze pokazuje, jak ostrożnie historycy podchodzą dziś do dokumentów bezpieki.
Tak powstała legenda, która okazała się trwalsza od samej organizacji. Możliwe, że ktoś rzeczywiście przynosił nocą jedzenie ukrywającemu się krewnemu. Możliwe, że w leśnym schronie przez kilka tygodni mieszkał były żołnierz obawiający się niewoli. Możliwe, że w górach pozostały porzucone skrzynie z amunicją, mundury i zapasy przygotowane jeszcze podczas wojny. Nie ma jednak przekonujących dowodów, że po dolnośląskich lasach przez wiele lat krążyły całe oddziały SS prowadzące zorganizowaną walkę. Granica między maruderem, przestępcą, uciekinierem i członkiem Werwolfu szybko się zacierała. Każdy uzbrojony Niemiec mógł zostać nazwany „wilkołakiem”, nawet gdy z prawdziwą organizacją nie miał nic wspólnego.
Być może właśnie dlatego opowieści te nadal działają na wyobraźnię. Dolny Śląsk po 1945 roku był krainą, w której jedna rzeczywistość zniknęła niemal z dnia na dzień, a druga dopiero próbowała się narodzić. Domy miały nowych mieszkańców, miasta otrzymywały nowe nazwy, z ulic znikał język niemiecki, lecz lasy pozostawały takie same. Nadal kryły stare drogi, schrony i wejścia prowadzące w głąb gór. W takich miejscach historia nie kończy się wraz z podpisaniem kapitulacji. Zostaje w śladach, przedmiotach i opowieściach przekazywanych szeptem.
Czy po wojnie w dolnośląskich lasach ukrywali się żołnierze III Rzeszy? Zapewne zdarzały się takie przypadki. Czy istniała tam potężna armia Werwolfu, zaopatrzona na lata i oczekująca na powrót Niemiec? Na to nie ma wiarygodnych dowodów. Pozostała jednak legenda o ludziach, którzy nie pogodzili się z końcem wojny i zniknęli między drzewami. Legenda niepewna, wielokrotnie wykorzystywana przez propagandę, ale mocno zakorzeniona w prawdziwym strachu pierwszych powojennych lat. Kiedy więc dziś wędrujemy przez dolnośląski las i natrafiamy na zarośnięte wejście do schronu albo resztki nieznanej budowli, łatwo pomyśleć, że ktoś mógł kiedyś obserwować to miejsce z ukrycia. Nie wiadomo tylko, czy był fanatycznym „wilkołakiem”, przerażonym uciekinierem, zwykłym szabrownikiem, czy jedynie postacią stworzoną przez ludzką wyobraźnię.




Komentarze
Prześlij komentarz