Czwarty Sektor. Cz. 12
Poranek w Nadle艣nictwie Baligr贸d pachnia艂 mokr膮 we艂n膮, past膮 do but贸w i mocn膮, sypan膮 kaw膮, czyli zapachem absolutnej, biurowej normalno艣ci, kt贸ra po powrocie z Bornego Sulinowa wydawa艂a si臋 Paw艂owi bole艣nie obca.
Siedzia艂 w gabinecie Nadle艣niczego, wpatruj膮c
si臋 w masywny, d臋bowy st贸艂. Naprzeciwko niego urz臋dowa艂 szef, dla kt贸rego las
ko艅czy艂 si臋 na tabelkach w Excelu, pozyskaniu drewna i zwalczaniu kornika.
Pawe艂 po艂o偶y艂 na biurku grub膮 teczk臋 z logami
telemetrycznymi i wype艂nionymi formularzami oceny siedliskowej, kt贸re
przygotowali z Tomkiem.
– No,
wreszcie – mrukn膮艂 Nadle艣niczy, nak艂adaj膮c okulary na nos i przyci膮gaj膮c teczk臋
do siebie. – I jak tam ich koty? Przynosz膮 wstyd naszym karpackim rysiom, czy
daj膮 sobie rad臋?
– Daj膮 rad臋,
szefie. Maj膮 du偶o zwierzyny p艂owej, rewiry s膮 ogromne – Pawe艂 recytowa艂 g艂adko
wyuczone k艂amstwa, chocia偶 czu艂, jak 偶o艂膮dek zaciska mu si臋 w supe艂. – Problem
jest tylko ze sprz臋tem.
Nadle艣niczy uni贸s艂 wzrok znad papier贸w,
marszcz膮c krzaczaste brwi. Zauwa偶y艂 w logach to, co musia艂o zwr贸ci膰 uwag臋
ka偶dego le艣nika.
– Co to za
odczyty? Dlaczego tu jest minus osiem metr贸w? Te twoje rysie wzi臋艂y si臋 za
g贸rnictwo?
– Awaria
nadajnik贸w, po艂膮czona ze specyfik膮 terenu – sk艂ama艂 Pawe艂, nie mrugn膮wszy nawet
okiem. Mia艂 t臋 艣piewk臋 przygotowan膮 jeszcze podczas jazdy autostrad膮. – Sektor
Czwarty to dawny radziecki poligon. Pe艂no tam zabetonowanych okop贸w i
podziemnych hal. GPS wariuje. Sygna艂 odbija si臋 od zbrojeniowego 偶elbetu i
rzuca echem. System wariuje i pokazuje g艂upoty. Zostawi艂em Tomkowi wytyczne,
偶eby spr贸bowali zresetowa膰 obro偶e zdalnie, jak koty wyjd膮 na czystszy teren.
Szef prychn膮艂, zdejmuj膮c okulary i wrzucaj膮c
teczk臋 do kuwety z napisem „ZROBIONE”.
– Radziecki 偶elbet. Oczywi艣cie. Zawsze
m贸wi艂em, 偶e wypuszczanie tam rysi贸w to wywalanie unijnych dotacji w b艂oto.
Dobra robota, Pawe艂. Odwali艂e艣 papierologi臋, Dyrekcja b臋dzie zadowolona.
Nadle艣niczy zamilk艂 na chwil臋 i przyjrza艂 si臋
swojemu pracownikowi z nieco wi臋ksz膮 uwag膮.
– Ty w og贸le
spa艂e艣 na tej delegacji? Wygl膮dasz, jakby ci臋 przepu艣cili przez r臋bark臋. Cienie
pod oczami masz takie, 偶e do lasu by艣 z nimi nie wszed艂 bez latarki. Id藕 do
domu, we藕 jutro urlop na 偶膮danie. Wy艣pij si臋.
– Dzi臋kuj臋,
szefie. Tak zrobi臋 – odpowiedzia艂 cicho Pawe艂.
Wsta艂, u艣cisn膮艂 d艂o艅 prze艂o偶onego i wyszed艂 na
korytarz. Zamkni臋cie za sob膮 drzwi gabinetu wcale nie przynios艂o mu ulgi. Wr臋cz
przeciwnie. Oddaj膮c te zafa艂szowane raporty, oficjalnie zamkn膮艂 spraw臋 w oczach
Las贸w Pa艅stwowych. Od teraz Lasy uzna艂y, 偶e w Bornem Sulinowie wszystko jest w
absolutnym porz膮dku. Zosta艂 z t膮 tajemnic膮 zupe艂nie sam. Tylko on, Robert,
Tomek na odleg艂ej p贸艂nocy i... fiolka z czarnym 艣luzem kt贸ra ci膮偶y艂a mu w
kieszeni kurtki jak kawa艂ek o艂owiu.
Wyszed艂 na zewn膮trz. Ch艂odne powietrze
uderzy艂o go w twarz, przynosz膮c chwilow膮 ulg臋 od biurowej duchoty. Na 偶wirowym
parkingu, oparty o mask臋 jego s艂u偶bowej Dacii, sta艂 Robert. Mia艂 na sobie
gruby, le艣ny polar, a w d艂oni trzyma艂 stalowy kubek termiczny, z kt贸rego
unosi艂a si臋 cienka stru偶ka pary. Wygl膮da艂, jakby czeka艂 tam od d艂u偶szej chwili.
Gdy Pawe艂 podszed艂 bli偶ej, pot臋偶ny
bieszczadzki le艣nik bez s艂owa poda艂 mu kubek. Kawa w 艣rodku by艂a czarna,
smo艂owata i zaprawiona czym艣, co niepokoj膮co przypomina艂o wczorajszy domowy
bimber.
– Kupi艂 to?
– zapyta艂 kr贸tko Robert, wpatruj膮c si臋 w okna gabinetu nadle艣niczego na
pierwszym pi臋trze.
– W ca艂o艣ci.
Zgoni艂em b艂臋dy w telemetrii na zak艂贸cenia od zbrojeniowego betonu. Oficjalnie w
Bornym Sulinowie wszystko jest w normie, a koty maj膮 si臋 艣wietnie – odpar艂
Pawe艂, bior膮c solidny 艂yk. Gor膮cy p艂yn przyjemnie rozgrza艂 mu prze艂yk.
Robert pokiwa艂 powoli g艂ow膮, a 偶wir
zachrz臋艣ci艂 pod jego ci臋偶kimi butami.
– Dobrze. Im
mniej "g贸ry" w to mieszamy, tym lepiej. Skostnia艂e dziadygi z
dyrekcji i tak by nie uwierzy艂y w znikaj膮cego mutanta, a jakby艣 zacz膮艂 dr膮偶y膰,
oskar偶yliby ci臋 o przem臋czenie albo, co gorsza, o sabota偶 programu
reintrodukcji – mrukn膮艂, po czym nagle spowa偶nia艂. Jego wzrok sta艂 si臋 twardy i
analityczny. – S艂uchaj, Pawe艂. Nie spa艂em p贸艂 nocy. Ten mail od Ma膰ka nie daje
mi spokoju. Brak odbicia 艣wiat艂a. Je艣li to co艣 faktycznie zachowuje si臋 jak
chodz膮ca czarna dziura na radarach i matrycach, to my w lesie jeste艣my
bezbronni. Nie wytropimy tego po z艂amanej ga艂膮zce ani odcisku 艂apy.
Pawe艂 westchn膮艂, opieraj膮c si臋 o ch艂odn膮
karoseri臋 obok przyjaciela.
– Wiem. Na
razie jedyne, co mamy, to paranoj臋 i fiolk臋 ze 艣luzem. Utkn臋li艣my.
– G贸wno
prawda, 偶e utkn臋li艣my – przerwa艂 mu ostro Robert. Si臋gn膮艂 do kieszeni polaru i
wyci膮gn膮艂 z niej zgnieciony skrawek papieru. – Dzwoni艂em rano do starego
znajomego. Wyk艂ada na wydziale chemii i biologii na Uniwersytecie
Jagiello艅skim. Ma dost臋p do zamkni臋tych laboratori贸w uczelnianych,
spektrometr贸w masowych, chromatograf贸w i innego cholerstwa, kt贸rego nazw nawet
nie potrafi臋 wym贸wi膰. Powiedzia艂em mu, 偶e znalaz艂em w Bieszczadach na dzikim
wysypisku silnie toksyczn膮, niezidentyfikowan膮 wydzielin臋.
Pawe艂 spojrza艂 na Roberta z zaskoczeniem,
instynktownie k艂ad膮c d艂o艅 na piersi, gdzie w wewn臋trznej kieszeni kurtki
bezpiecznie spoczywa艂a szklana fiolka.
– Zgodzi艂
si臋 to zbada膰 tak w ciemno? Bez papier贸w?
– Jest mi
winien du偶膮 przys艂ug臋 sprzed lat – u艣miechn膮艂 si臋 drapie偶nie Robert. – I jest
r贸wnie ciekawski co ty. Zgodzi艂 si臋 na szybk膮, nieoficjaln膮 analiz臋. Ale pod
jednym warunkiem: musimy mu to przywie藕膰 dzisiaj, zanim studenci wejd膮 na
popo艂udniowe bloki 膰wiczeniowe. Potem laboratoria s膮 zaj臋te do ko艅ca tygodnia.
Robert oderwa艂 si臋 od maski samochodu i
klepn膮艂 Paw艂a w rami臋 z si艂膮 nied藕wiedzia.
–
Nadle艣niczy kaza艂 ci wzi膮膰 urlop na 偶膮danie i odes艂a艂 ci臋 do domu, prawda? To
艣wietnie. Masz wolne. Wsiadaj do wozu, Pawe艂. Lecimy do Krakowa. Skoro mamy w
kieszeni fizyczny kawa艂ek tego radzieckiego demona z p贸艂nocy, to czas
sprawdzi膰, co wypluje nam nauka.



Komentarze
Prze艣lij komentarz