Czwarty Sektor, Cz. 13
Drog臋 do Krakowa zdominowa艂 szum opon o asfalt i miarowy pomruk silnika teren贸wki Roberta. Mijali kolejne kilometry, zostawiaj膮c za sob膮 dzikie, bieszczadzkie bezdro偶a na rzecz coraz g臋stszej zabudowy i ekran贸w d藕wi臋koch艂onnych autostrady.
Robert prowadzi艂 pewnie, skupiony na trasie, ale Pawe艂, siedz膮c na fotelu pasa偶era, by艂 my艣lami zupe艂nie gdzie indziej. Im bli偶ej byli Krakowa, tym bardziej duszna stawa艂a si臋 dla niego atmosfera w kabinie. To miasto by艂o dla niego polem minowym wspomnie艅. Ka偶dy zjazd, ka偶dy drogowskaz z napisem „Krak贸w” uderza艂 w czu艂膮 strun臋, kt贸r膮 przez lata stara艂 si臋 wyciszy膰.
Przymkn膮艂 oczy i niemal poczu艂 zapach perfum Klary zmieszany z aromatem kawy z ich ulubionej kawiarni przy ulicy Brackiej. 艢mia艂a si臋 m贸wi膮c, 偶e Krak贸w to jedyne miejsce, gdzie czas p艂ynie wolniej.
Teraz wraca艂 do tego miasta nie jako zakochany student, ale jako cz艂owiek 艣cigaj膮cy cie艅 drapie偶nika, kt贸ry nie powinien istnie膰. Kontrast by艂 bolesny. Mi臋kkie wspomnienia Klary zderza艂y si臋 z tward膮, zimn膮 rzeczywisto艣ci膮 fiolki ukrytej w kieszeni. Czu艂 si臋, jakby nios膮c ten py艂 do serca ich wsp贸lnego miasta, bezcze艣ci艂 wszystko, co tam prze偶yli.
– 呕yjesz? – Robert przerwa艂 cisz臋, rzucaj膮c mu kr贸tkie spojrzenie. – Wygl膮dasz, jakby艣 mia艂 zaraz wyskoczy膰 w biegu. Je艣li chodzi o Klar臋... wiemy obaj, 偶e to miasto jest dla ciebie trudne. Ale skup si臋 na misji. Zawarto艣膰 tej fiolki jest wa偶niejsza ni偶 duchy przesz艂o艣ci.
Pawe艂 skin膮艂 g艂ow膮, nie otwieraj膮c oczu.
– Wiem. Po prostu... mia艂em tu ju偶 nigdy nie wraca膰 bez powodu.
– To masz pow贸d. Najlepszy z mo偶liwych. Ratujemy komu艣 ty艂ek, a mo偶e i co艣 wi臋cej – mrukn膮艂 Robert, skr臋caj膮c w stron臋 Alei Trzech Wieszcz贸w.
***
Krak贸w przywita艂 ich popo艂udniowym korkiem i smogiem, kt贸ry osiada艂 na szybie jak brudna mg艂a. Dojechali pod gmach Wydzia艂u Biologii i Nauk o Ziemi. Robert zaparkowa艂 na zakazie, rzuci艂 za szyb臋 legitymacj臋 stra偶y le艣nej i kiwn膮艂 na Paw艂a.
Weszli do 艣rodka, mijaj膮c grupy student贸w. Pawe艂 czu艂 si臋 tu jak intruz. Ka偶da dziewczyna o ciemnych w艂osach widziana k膮tem oka sprawia艂a, 偶e jego serce na u艂amek sekundy zamiera艂o.
Profesor Zawadzki czeka艂 na nich w ma艂ym, zagraconym laboratorium na trzecim pi臋trze. By艂 to niski cz艂owiek w okularach grubych jak denka butelek, o palcach wiecznie ubrudzonych odczynnikami. Robert u艣cisn膮艂 mu d艂o艅 z wylewno艣ci膮, kt贸rej Pawe艂 dawno u niego nie widzia艂.
– To jest Pawe艂, o kt贸rym ci m贸wi艂em. Ma towar – powiedzia艂 kr贸tko Robert.
Pawe艂 wyci膮gn膮艂 fiolk臋 i postawi艂 j膮 na bia艂ym, ceramicznym blacie roboczym. W sterylnym 艣wietle laboratorium czarny 艣luz wygl膮da艂 jeszcze bardziej nienaturalnie. Profesor Zawadzki przyjrza艂 mu si臋 z bliska, nie dotykaj膮c szk艂a.
– „Toksyczna wydzielina z Bieszczad”, m贸wicie? – staruszek uni贸s艂 brew, patrz膮c na Roberta. – Przecie偶 widz臋, 偶e to nie jest 偶ywica.
– Zbadaj to, prosz臋. Nieoficjalnie – doda艂 cicho Pawe艂. – Musimy wiedzie膰, co to za cholerstwo.
Profesor westchn膮艂, za艂o偶y艂 lateksowe r臋kawiczki i ostro偶nie pobra艂 odrobin臋 mazi na szkie艂ko podstawowe.
– Id藕cie na kaw臋. Albo na spacer. Dajcie mi dwie godziny. Musz臋 wrzuci膰 to pod spektrometr i sprawdzi膰 sk艂ad pierwiastkowy. Ale uprzedzam... je艣li to jest co艣, co powinno trafi膰 do Sanepidu albo ABW, to nasze spotkanie nigdy si臋 nie odby艂o.
Wyszli z budynku. Pawe艂 stan膮艂 na schodach i spojrza艂 w stron臋 centrum. Gdzie艣 tam, kilka kilometr贸w st膮d, by艂a Klara. Mo偶e w艂a艣nie sz艂a do pracy, mo偶e siedzia艂a w tej samej kawiarni, w kt贸rej kiedy艣 planowali wsp贸ln膮 przysz艂o艣膰.
– Idziemy do „naszej” knajpy? – zapyta艂 Robert, pr贸buj膮c roz艂adowa膰 napi臋cie.
– Nie. Chod藕my nad Wis艂臋. Musz臋 popatrze膰 na wod臋. Ona przynajmniej si臋 nie zmienia – odpar艂 Pawe艂, ruszaj膮c przed siebie.
Nie wiedzia艂 jeszcze, 偶e za dwie godziny nauka, w kt贸r膮 tak wierzy艂, udzieli mu odpowiedzi, kt贸ra sprawi, 偶e zapragnie, by te „kryptydy” z opowie艣ci Roberta by艂y tylko bajkami.
***
Dwie godziny min臋艂y jak w gor膮czce. Gdy wr贸cili do laboratorium, profesor Zawadzki nie siedzia艂 ju偶 przy biurku. Sta艂 przy stacji roboczej, a na ekranie migota艂y poszarpane wykresy. W d艂oni trzyma艂 wydruki, lekko zmi臋te, jakby czyta艂 je ju偶 kilka razy.
Kiedy weszli, zdj膮艂 okulary i przetar艂 zm臋czone oczy.
W sterylnym pomieszczeniu panowa艂a cisza, przerywana jedynie r贸wnym szumem aparatury.
– To nie jest zwyk艂y 艣luz, wirus czy bakteria – powiedzia艂 w ko艅cu. – I nie widz臋 tu 艣lad贸w naturalnego pochodzenia.
Roz艂o偶y艂 wydruki na blacie.
– Panowie… – zacz膮艂, a jego g艂os w sterylnej ciszy laboratorium brzmia艂 nienaturalnie g艂ucho. – To, co mi przywie藕li艣cie w tej fiolce, to nie jest 偶adna chemiczna substancja syntetyczna. To jest produkt metabolizmu. 呕ywa, cho膰 skrajnie zmutowana biologia.
Pawe艂 i Robert wymienili szybkie spojrzenia.
– Co to dok艂adnie jest, panie profesorze? – zapyta艂 Pawe艂, zaciskaj膮c palce na oparciu krzes艂a.
– W nomenklaturze medycznej nazwa艂bym to stymulowanym adrenalin膮 wysi臋kiem litycznym – profesor postuka艂 palcem w wykres na ekranie. – M贸wi膮c ludzkim j臋zykiem: to jest pot. Ale pot istoty, kt贸rej uk艂ad dokrewny zosta艂 zmieniony w biologiczn膮 fabryk臋 艣luzu. Analiza kom贸rkowa wykaza艂a obecno艣膰 ludzkich struktur gruczo艂贸w egzokrynnych, ale poddanych potwornej mutacji.
Zawadzki westchn膮艂, przecieraj膮c zm臋czone oczy.
– Najbardziej fascynuj膮cy, a zarazem przera偶aj膮cy jest mechanizm spustowy tej substancji. Te gruczo艂y w stanie spoczynku nie produkuj膮 niczego. S膮 ca艂kowicie zablokowane. Ta czarna ma藕 zaczyna si臋 wydziela膰 przez sk贸r臋 dopiero wtedy, gdy w organizmie dochodzi do gigantycznego, wr臋cz toksycznego skoku neuroprzeka藕nik贸w strachu i agresji.
– To znaczy? – wtr膮ci艂 szorstko Robert.
– To znaczy, 偶e to co艣 nie zostawia tych 艣lad贸w, kiedy po prostu idzie przez las – wyja艣ni艂 profesor, patrz膮c im prosto w oczy. – Ono zaczyna si臋 tym poci膰 tylko wtedy, gdy jego m贸zg wchodzi w tryb czystej, morderczej furii. Kiedy t臋tno mu ro艣nie, a instynkt nakazuje zabi膰. Ten 艣luz to chemiczny marker gotowo艣ci do ataku.
Profesor podszed艂 do tablicy i zacz膮艂 szybko pisa膰 kred膮 sk艂adniki chemiczne.
– Po艂owa tego roztworu to silnie skoncentrowany kwas organiczny, ale druga po艂owa to nieznane mi enzymy lityczne. Lotne zwi膮zki amoniaku, siarki i kwasu, uwalniane z tej cieczy pod wp艂ywem temperatury cia艂a mutanta, tworz膮 wok贸艂 niego chmur臋 gazu nekrotycznego.
Zawadzki odwr贸ci艂 si臋 od tablicy i spojrza艂 na Paw艂a z g艂臋bokim niepokojem.
– Ktokolwiek sta艂 pod drzwiami waszego przyjaciela i zostawi艂 ten 艣luz na framudze… nie przyszed艂 tam na zwiad, panowie. Jego organizm by艂 napompowany adrenalin膮 do granic mo偶liwo艣ci. On sta艂 za tymi drzwiami i z sekundy na sekund臋 coraz bardziej chcia艂 was rozszarpa膰.
Podszed艂 do zlewu i na艂o偶y艂 nowe r臋kawiczki, jakby sam wydruk by艂 zaka偶ony.
– Takie rzeczy nie powstaj膮 w naturze. Je艣li trafili艣cie na co艣 takiego, trzymajcie si臋 od tego z daleka.
Zdj膮艂 r臋kawiczki i rzuci艂 je do kosza.
– Zg艂o艣cie to odpowiednim s艂u偶bom. To nie jest wasz problem.



Komentarze
Prze艣lij komentarz