Domy, które czasami pojawiały się między drzewami

 W dawnych opowieściach las rzadko był tylko skupiskiem drzew. Zaczynał się tuż za ostatnimi zabudowaniami wsi, lecz jednocześnie należał już do innego porządku. Człowiek wchodzący między drzewa opuszczał przestrzeń oswojoną, w której obowiązywały znane drogi, nazwy i zasady. Wkraczał w miejsce należące do istot, których nie zawsze można było zobaczyć, ale których obecność rozpoznawano po gwizdaniu w koronach drzew, mylących się ścieżkach, dziwnych światłach i wrażeniu, że znajomy las nagle stał się zupełnie obcy.


 W takich miejscach nocą miały pojawiać się światła wyglądające jak blask lampy albo ognia płonącego za oknem. Z oddali można je było wziąć za leśniczówkę, chatę drwala lub karczmę stojącą przy trakcie. Wędrowiec, który zabłądził po zmroku, mógł uwierzyć, że nareszcie znalazł schronienie. Problem zaczynał się następnego ranka. Tam, gdzie nocą widział dom, o świcie znajdował jedynie drzewa, mokradło, pustą polanę albo głęboki dół w ziemi.


Czy naprawdę opowiadano o znikających domach?

 Motyw domu pojawiającego się nocą w lesie, a następnie znikającego przed świtem, nie występuje w polskim folklorze jako jeden wyraźnie nazwany i niezmienny typ opowieści. Nie znajdziemy jednej powszechnie znanej legendy, według której wszystkie takie domy wyglądały podobnie i działały według tych samych zasad.


 Istnieje jednak kilka dobrze udokumentowanych wątków folklorystycznych, które z czasem mogły łączyć się w opowieść o widmowej chacie. Są to historie o leśnych duchach mylących drogi, o błędnych światłach, o zapadłych karczmach i domostwach oraz o budowlach, które w określonych porach ponownie dawały o sobie znać.


 Najbliższym polskim odpowiednikiem opowieści o domu widzianym wyłącznie nocą są podania o zapadłych i zatopionych budowlach. Etnografowie zapisywali historie o karczmach, kościołach, zamkach, wsiach i domach, które miały zapaść się pod ziemię, zniknąć w wodzie albo zostać zniszczone przez siłę nadprzyrodzoną. Violetta Wróblewska wskazuje, że na ziemiach polskich odnotowano niemal sto wariantów takich opowieści. Najczęściej były one związane z konkretnym jeziorem, pagórkiem, mokradłem, zagłębieniem terenu lub polaną, którą mieszkańcy dobrze znali. 


 Nie były to więc bajki rozgrywające się w odległej krainie. Ludzie opowiadali o miejscu leżącym za ich własną wsią. Wskazywali drogę, drzewo, kamień albo dół, pod którym miała znajdować się dawna budowla. Dzięki temu historia brzmiała wiarygodnie. Każdy mógł tam pójść i zobaczyć ślad pozostały po niezwykłym wydarzeniu.


Karczma, która wciąż bawiła się pod ziemią

 Szczególne miejsce w tych przekazach zajmowała karczma. W dawnym świecie była ona schronieniem dla podróżnych, miejscem spotkań, zabaw, handlu i wymiany wiadomości. Jednocześnie w opowieściach ludowych często przedstawiano ją jako przestrzeń niebezpieczną, związaną z pijaństwem, bójkami, oszustwem, muzyką graną po nocach i lekceważeniem świąt.


 Słownik polskiej bajki ludowej wyróżnia nawet osobny wątek określany jako ''Karczma zapadła''. Budynek miał znikać pod ziemią wraz z ludźmi, którzy bawili się w nim w niedozwolonym czasie, odmawiali okazania szacunku procesji albo dopuszczali się innych wykroczeń przeciwko zasadom religijnym. Seweryn Udziela, jeden z najważniejszych polskich etnografów, pod koniec XIX wieku zebrał piętnaście podań o zapadłych kościołach i karczmach pochodzących z małopolskich wsi. Historie te były więc rzeczywistą częścią lokalnej tradycji, a nie współczesnym internetowym wymysłem. 


 Najbardziej niepokojące było jednak przekonanie, że zapadła budowla nie znikała całkowicie. Nadal istniała, lecz znajdowała się w innym porządku. Spod ziemi miała dochodzić muzyka, odgłosy tańca, bicie dzwonów albo śpiew. Nad miejscem, w którym karczma zniknęła, widywano również poruszające się światełka. W jednym z przywoływanych przez Wróblewską przekazów ludzie znajdujący się pod ziemią mieli tańczyć aż do Sądu Ostatecznego, podczas gdy na powierzchni pojawiały się tajemnicze światła. Badaczka interpretuje takie historie jako zapis ludowego przekonania o istnieniu zaświatowej wersji życia, która trwa równolegle do świata widzialnego.


 Dla osoby idącej nocą przez las kilka świateł poruszających się pomiędzy drzewami mogło więc wyglądać jak rozświetlone okna. Odgłos wiatru, wody, ptaków albo odległej muzyki mógł zostać uznany za gwar dobiegający z wnętrza budynku. Las zdawał się na chwilę odsłaniać miejsce, które zniknęło wiele lat wcześniej.


Budowle, które mogły powracać

 W niektórych podaniach zapadłe zamki i inne budowle nie były skazane na wieczne ukrycie. Mogły ponownie pojawić się na powierzchni w określoną noc albo po upływie stu lat. Czasami wraz z nimi ukazywała się postać czekająca na wybawiciela.


 Jedna z mazurskich opowieści mówiła o zamku, który zapadł się wskutek okrucieństwa właściciela. Co sto lat, pomiędzy godziną jedenastą wieczorem a pierwszym pianiem koguta, na górze miała pojawiać się dziewczyna oczekująca na uwolnienie. Gdyby próba się powiodła, zamek miał wynurzyć się ponownie w całej swojej okazałości.


 W tym miejscu wyraźnie widać, skąd mogło brać się przekonanie, że pewne budynki są widoczne tylko przez krótki czas. Noc otwierała dostęp do świata, który za dnia pozostawał zamknięty. Budowla nie była zwykłą ruiną. Tkwiła pod ziemią albo po drugiej stronie niewidzialnej granicy i czekała na odpowiedni moment, aby się ujawnić.


 Jeżeli ktoś zobaczył w lesie światła, których wcześniej tam nie było, mógł uznać, że patrzy na powracający dom, dawną karczmę albo zaginioną osadę. Należało jednak uważać. Takie miejsce nie musiało pojawić się po to, aby udzielić człowiekowi schronienia. Równie dobrze mogło próbować wciągnąć go do swojego świata.


Leśny duch, który przestawiał drogi

 Drugim ważnym elementem tych opowieści było leśne błądzenie. W różnych regionach Polski wierzono w borowego, borowca, lesowika albo leszego. Nie wszędzie wyobrażano go sobie w ten sam sposób, lecz często przypisywano mu zdolność mylenia dróg.


 W przedwojennym podręczniku etnografii opisano wierzenia z okolic Siedlec, według których borowy wprowadzał ludzi w błąd. W Puszczy Sandomierskiej obecność ducha leśnego rozpoznawano natomiast po gwizdaniu dochodzącym z wysokich sosen. Leszy miał plątać ścieżki i sprawiać, że człowiek przestawał rozpoznawać nawet dobrze znaną okolicę. Wędrowiec krążył wokół tego samego miejsca, trafiał na bagna albo wychodził z lasu wiele kilometrów od punktu, do którego zmierzał. Nie chodziło wyłącznie o zgubienie kierunku. Las pod wpływem swojej istoty zdawał się zmieniać układ.


 Droga, którą człowiek chodził od dzieciństwa, nagle prowadziła w obce miejsce. Drzewa stały inaczej. Polana pojawiała się tam, gdzie wcześniej jej nie było. W takiej sytuacji także dom widziany pomiędzy pniami nie musiał być prawdziwym domem. Mógł należeć do omamienia stworzonego przez władcę lasu. Dla człowieka zmęczonego, zmarzniętego i zagubionego widok oświetlonych okien był szczególnie silną pokusą. Oznaczał ciepło, ludzi, jedzenie i możliwość przeczekania nocy. Właśnie dlatego nadprzyrodzone światło mogło być skuteczną przynętą.


Światła podobne do zapalonych lamp

 W folklorze wielu regionów Polski znano również tajemnicze nocne światła nazywane błędnymi ognikami, świczkami, światełkami albo nocnicami. Pojawiały się przede wszystkim na mokradłach, bagnach, polach i w odludnych miejscach.


 Materiały terenowe ze śląskich wsi opisywały nocnice jako szybko przemieszczające się ogniki lub światła przypominające zapalone lampki. Miały pojawiać się wieczorem albo w nocy, szczególnie jesienią. Przypisywano im zdolność wodzenia ludzi oraz obiecywania wskazania lepszej drogi. Takie światło obserwowane z daleka mogło wyglądać jak lampa niesiona przez człowieka. Kilka świateł widzianych przez gałęzie mogło zostać uznanych za okna budynku. Im bardziej człowiek próbował się do nich zbliżyć, tym bardziej oddalał się od właściwej drogi.


 Według wierzeń ogniki bywały duszami ludzi zmarłych w szczególnych okolicznościach, duszami pokutującymi albo istotami demonicznymi. Niezależnie od wyjaśnienia ich rola pozostawała podobna. Pojawiały się tam, gdzie człowiek nie powinien iść, a następnie prowadziły go coraz głębiej w niebezpieczne miejsce. Możliwe więc, że część opowieści o światłach w oknach nie dotyczyła domu. Człowiek widział jedynie ogniki, lecz jego umysł układał je w znajomy kształt. Tam, gdzie znajdowały się trzy jasne punkty, wyobraźnia mogła dostrzec trzy okna. Ciemna ściana lasu stawała się ścianą chaty, a gałęzie tworzyły zarys dachu.


Dlaczego rano nie znajdowano żadnych śladów?

 Świt w dawnych opowieściach przywracał właściwy porządek świata. Istoty nocne traciły moc, duchy znikały, a miejsca dostępne po zmroku ponownie się zamykały. Wędrowiec, który nocą dostrzegł budynek, rano znajdował pustą przestrzeń, ponieważ nie patrzył wcześniej na zwykły dom. Mógł widzieć odbicie dawnej budowli, która zapadła się pod ziemię. Mógł zostać omamiony przez leśnego ducha. Mógł podążać za błędnymi ognikami. Mógł również znaleźć się w miejscu uznawanym za przejście pomiędzy światem żywych i umarłych.


 W podaniach o zapadłych obiektach ważną rolę odgrywały materialne ślady. Mieszkańcy pokazywali zagłębienia w ziemi, kamienie, fragmenty murów, przedmioty wydobyte z pola albo nietypowo ukształtowane brzegi jeziora. Znakiem dalszego istnienia budowli były także odgłosy słyszane spod ziemi lub wody. Dlatego człowiek wracający rano do miejsca nocnego spotkania nie zawsze znajdował całkowicie pusty las. Czasem widział dół, bagno, kamień lub niewielkie jezioro. W miejscowej pamięci takie elementy krajobrazu mogły uchodzić za pozostałości zaginionego domu.


Nie każdy powinien przekraczać próg

 W opowieściach ludowych wejście do niezwykłego budynku często oznaczało przekroczenie granicy, z której nie zawsze można było powrócić. Dom ukazujący się w lesie nie musiał należeć do żywych ludzi, nawet jeżeli w jego oknach paliło się światło. Gospodarze mogli wyglądać zwyczajnie. W środku mogła trwać zabawa, grać muzyka, a na stołach mogło leżeć jedzenie. Dopiero później człowiek zauważał coś niepokojącego. Nikt się nie starzał, ogień nie dawał ciepła, jedzenie po opuszczeniu domu zamieniało się w liście albo nieczystości, a goście nie rzucali cieni.


 Podobne obrazy pojawiają się w różnych opowieściach o kontaktach z zaświatami, diabłami, topielcami i uczestnikami sabatów. Nie należy jednak przedstawiać każdego z tych szczegółów jako części jednej konkretnej polskiej legendy o znikającej chacie. Są to odrębne wątki, które w przekazie ustnym mogły się ze sobą mieszać.


 Folklor nie był zamkniętym zbiorem historii powtarzanych słowo w słowo. Opowiadacze dostosowywali je do własnej okolicy. Zamiast zamku pojawiała się karczma. Zamiast jeziora mokradło. Zamiast diabła nieznany gospodarz. Miejsce akcji przenoszono do lasu, który słuchacze znali i którego się obawiali. Właśnie dlatego opowieść o domu widzianym tylko nocą brzmi tak wiarygodnie. Nie jest jedną legendą, lecz połączeniem kilku bardzo starych ludowych lęków, takich jak np.: strachu przed zgubieniem drogi, czy strachu przed światłem prowadzącym na bagno.


Światło pomiędzy drzewami

 Jeszcze stosunkowo niedawno nocny las był niemal całkowicie ciemny. Nie było latarni, świateł samochodów ani łuny pobliskich miast. Nawet niewielki blask widziany z daleka przyciągał uwagę. Czy była to lampa leśniczego, ogień wypalany na polanie, światło odbite w wodzie, błędny ognik, czy jedynie złudzenie zmęczonego człowieka, zależało od miejsca i okoliczności. Dla mieszkańców dawnej wsi najważniejsze było jednak nie to, jak powstało światło, lecz co mogło oznaczać. Jeżeli pojawiało się tam, gdzie nie stał żaden dom, najlepiej było nie schodzić z drogi. Las potrafił bowiem pokazać człowiekowi dokładnie to, czego najbardziej potrzebował. Zagubionemu ukazywał ścieżkę. Zmarzniętemu ogień. Głodnemu karczmę. Samotnemu światła w oknach. Dopiero o poranku okazywało się, że pomiędzy drzewami nigdy nie było żadnego domu. A przynajmniej nie takiego, który należałby do świata żywych.



Komentarze

Popularne posty