Ktoś wtedy czuwał...
Do dziś nie potrafię powiedzieć, kto uratował mi życie. Mam już swoje lata i widziałam wiele rzeczy, które z czasem dało się wytłumaczyć. Ale tamtego dnia... tamtego dnia żadne wyjaśnienie nie wydaje mi się wystarczające.
Był początek 1944 roku. Śnieg leżał jeszcze w lasach, choć na drogach zamieniał się już w brudne błoto. Niemcy przeczesywali okoliczne wsie. Kto pomagał partyzantom, ten nie miał co liczyć na litość. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. W kieszeni płaszcza niosłam niewielki pakunek z lekami. Gdyby mnie złapali, wiedziałam, że nie wrócę do domu. Usłyszałam szczekanie psów. Potem krzyki. Byli coraz bliżej.
Pobiegłam przed siebie, nie patrząc, dokąd prowadzi ścieżka. Nagle znalazłam się na skraju niewielkiej polany. Koniec drogi. Przede mną otwarta przestrzeń, za mną żołnierze. Nie było gdzie uciec. Wtedy usłyszałam spokojny głos.
– Nie tutaj. Chodź za mną.
Odwróciłam się gwałtownie. Kilka kroków dalej stał starszy mężczyzna w długim, jasnym płaszczu. Nie pamiętam jego twarzy, jakby była ukryta w cieniu, choć wokół było jasno.
Nie zastanawiałam się, poszłam za nim. Zaprowadził mnie między gęste świerki. Wydawało mi się, że nie ma tam żadnego przejścia, ale gałęzie rozsunęły się jak zasłona. Za nimi znajdowała się niewielka szczelina między skałami. Weszłam do środka.
– Nie wychodź, dopóki nie ucichnie – powiedział.
Kilka sekund później usłyszałam niemieckie głosy. Żołnierze przebiegli dosłownie kilka metrów ode mnie. Psy szczekały, ale żaden nie podszedł do kryjówki. Jakby jej po prostu nie widziały. Siedziałam tam może godzinę, a może cały dzień? Straciłam poczucie czasu.
Kiedy w końcu wyszłam, mężczyzny już nie było. Wróciłam tam po wojnie wiele razy. Chciałam odnaleźć to miejsce, tamtą szczelinę, ścieżkę, cokolwiek. Ale nigdy jej nie znalazłam. Pytałam mieszkańców, czy mieszkał tam kiedyś starszy człowiek. Każdy odpowiadał przecząco. Niektórzy twierdzili nawet, że w tamtym lesie od pokoleń nie było żadnych zabudowań.
Minęły dziesięciolecia. Założyłam rodzinę. Doczekałam wnuków i prawnuków. Nauczyłam się nie opowiadać tej historii każdemu. Jedni uśmiechali się z politowaniem. Inni mówili, że wojna potrafi płatać figle pamięci. Może mają rację? A może rzeczywiście są chwile, kiedy człowiek nie jest całkiem sam. Nie wiem, czy był to przypadkowy wędrowiec, którego nigdy więcej nie spotkałam. Nie wiem, czy był to człowiek z krwi i kości. Ale kiedy zamykam oczy, nadal słyszę ten sam spokojny głos:
– Nie tutaj. Chodź za mną.



Komentarze
Prześlij komentarz