Tam, gdzie góry mają duszę. Folklor Andów między zachwytem a grozą
Są góry, na które się wchodzi, i są góry, do których najpierw wypada poprosić o pozwolenie. Andy zdecydowanie należą do tej drugiej kategorii.
To najdłuższy kontynentalny łańcuch górski świata, ciągnący się przez zachodnią część Ameryki Południowej – od Wenezueli i Kolumbii aż po Chile i Argentynę. Nie tworzy jednak jednej krainy ani jednego folkloru. Inaczej opowiada się o świecie na peruwiańskim Altiplano, inaczej w boliwijskich kopalniach, inaczej w wysokich dolinach Ekwadoru, a jeszcze inaczej na surowym południu kontynentu. Mieszkają tu ludy mówiące między innymi językami keczua i ajmara, żyją potomkowie Inków i kultur znacznie od nich starszych, a dawne wierzenia od pięciu stuleci splatają się z katolicyzmem przyniesionym przez Hiszpanów.
Właśnie dlatego andyjski folklor nie przypomina zamkniętego zbioru baśni. Jest raczej sposobem patrzenia na rzeczywistość. Tutaj góra może być przodkiem, ziemia – żywą istotą, jezioro – przejściem do innego świata, a kopalnia – królestwem pana, któremu lepiej zostawić liście koki i zapalonego papierosa. Nie wszystko, co niezwykłe, należy do przeszłości. Niektóre rytuały odbywają się nadal, a dawne postacie wciąż otrzymują nowe twarze.
Góry, które patrzą
Europejczyk spogląda na ośnieżony szczyt i widzi krajobraz. W tradycyjnym andyjskim pojmowaniu świata szczyt może spoglądać również na niego. Potężne góry bywają nazywane Apu – są duchowymi opiekunami ludzi, pól, stad i całych wspólnot. Nie są bogami odległymi i obojętnymi. Mogą chronić, ostrzegać, sprowadzić deszcz, ale także ukarać tych, którzy naruszą równowagę albo okażą brak szacunku.
Najważniejszą zasadą tego świata jest wzajemność. Człowiek bierze od ziemi, dlatego powinien coś jej oddać. Pachamama, Matka Ziemia i Matka Czasu-Przestrzeni, nie jest jedynie poetyckim symbolem natury. To siła, która żywi, ale bywa też głodna. Do dziś w Peru i Boliwii składa się jej dary: liście koki, ziarna, słodycze, alkohol, a podczas większych ceremonii specjalnie przygotowane ofiary zwane mesitas. Zakopuje się je lub pali, prosząc o urodzaj, zdrowie, bezpieczeństwo i przychylność ziemi.
Nad tym światem świeci Inti, Słońce, szczególnie ważne dla Inków, którzy uważali swego władcę za jego potomka. Jeszcze wyżej w porządku stworzenia pojawia się Wirakocza – wielki stwórca, który według różnych opowieści wyłonił świat, ludzi oraz ciała niebieskie z pierwotnej ciemności. Nad jeziorem Titicaca legenda i krajobraz niemal się zlewają: to właśnie z jego wód lub okolicznych skał mieli wyjść pierwsi ludzie albo założyciele inkaskiej dynastii, Manco Cápac i Mama Ocllo.
Andyjski wszechświat miał kilka poziomów. Hanan Pacha była światem górnym, związanym z niebem i istotami wyższymi; Kay Pacha – światem ludzi; Uku Pacha – przestrzenią podziemną, krainą zmarłych, przodków, nasion i sił, które dopiero mają się narodzić. Nie był to prosty odpowiednik chrześcijańskiego piekła. Pod ziemią znajdowało się przecież także bogactwo i początek nowego życia. Dopiero kolonialne zderzenie religii sprawiło, że wiele dawnych istot zaczęto utożsamiać z diabłami.
Panowie kopalń i mali strażnicy złota
Najlepiej widać to w kopalniach Boliwii. Głęboko pod Cerro Rico w Potosí stoją rogate, często jaskrawo pomalowane figury El Tío, czyli „Wujka”. Na powierzchni górnicy mogą modlić się do Chrystusa i świętych, lecz pod ziemią władzę ma ktoś inny. El Tío jest panem minerałów i niebezpiecznych korytarzy. Może wskazać bogatą żyłę, ale może również spowodować zawał. Dlatego dostaje alkohol, liście koki i papierosy, które wkłada się w usta figury. Nie czci się go dlatego, że jest dobry. Szanuje się go, ponieważ ma władzę w miejscu, do którego człowiek wchodzi tylko na własne ryzyko.
Z El Tío splata się postać Supaya. Przed podbojem hiszpańskim Supay był związany ze światem zmarłych i podziemi; misjonarze uczynili z niego odpowiednik szatana. Mieszkańcy Andów nie przyjęli jednak tego tłumaczenia bez reszty. W rezultacie powstała istota niejednoznaczna – straszna, lecz czasem potrzebna, oswojona rytuałem i włączona nawet do barwnych tańców podczas świąt takich jak boliwijski karnawał w Oruro.
W kopalniach Peru pojawia się natomiast Muki lub Muqui – mały, brodaty duch, często opisywany jako istota o wielkiej głowie, niskim wzroście i nienaturalnie jasnych oczach. Dźwięk jego kroków albo metalicznego stukania może zapowiadać bogate złoże. Muki bywa pomocny dla górnika, którego polubi, ale jest też kapryśny, zazdrosny i niebezpieczny. Potrafi zgubić człowieka w labiryncie chodników albo ukarać za chciwość. Przypomina europejskie krasnale kopalniane, lecz wyrósł z lokalnego przekonania, że wnętrze góry ma własnego właściciela.
Potwory stworzone z lęku
Nie wszystkie andyjskie istoty strzegą równowagi. Niektóre narodziły się z doświadczeń tak okrutnych, że sama historia zaczęła przypominać horror.
Najbardziej przejmującą postacią jest Pishtaco – blady obcy, który napada na samotnych wędrowców, zabija ich i pozyskuje ludzki tłuszcz. W kolejnych epokach miał wyglądać jak Hiszpan, ksiądz, właściciel ziemski, inżynier, lekarz albo agent zachodniej instytucji. Opowiadano, że tłuszcz służy do wyrobu lekarstw, smarowania maszyn, odlewania dzwonów, a nawet spłacania zagranicznego długu. Brzmi groteskowo, dopóki nie przypomnimy sobie, że legenda wyrosła w świecie kolonialnej przemocy, przymusowej pracy i epidemii. Pishtaco jest nie tyle zwyczajnym potworem, ile ucieleśnieniem strachu przed tym, że przybysz zabierze człowiekowi wszystko – ziemię, pracę, ciało, a w końcu samo życie.
Podobnie moralny charakter ma Jarjacha, znana również jako Qarqacha. Według peruwiańskich opowieści człowiek dopuszczający się kazirodztwa może nocą przemieniać się w zdeformowaną lamę lub istotę o dwóch albo trzech głowach. Jarjacha błąka się po bezdrożach, wydając przenikliwy, podobny do ludzkiego lament. To monstrum jest jednocześnie karą, ostrzeżeniem i publicznym oskarżeniem. Społeczność, która ją schwyta, może podobno odkryć ludzką tożsamość grzesznika.
Wysokie pustkowia przemierza również Anchanchu – groźny duch znany w tradycjach ajmarskich. Wiąże się go z odludnymi miejscami, jaskiniami i porą, kiedy rozsądny człowiek nie powinien samotnie chodzić po górach. Może przybrać zwodniczą postać, sprowadzić chorobę albo odebrać człowiekowi jego duchową siłę. W opowieściach takich jak ta powraca bardzo andyjski lęk: nie przed lasem, lecz przed ogromem nagiego krajobrazu, w którym nie ma gdzie się ukryć i skąd pomoc może nigdy nie nadejść.
Jest też Amaru – gigantyczny wąż, niekiedy skrzydlaty, z głową lamy, pumy lub jelenia. Nie zawsze jest potworem w europejskim rozumieniu. Łączy podziemia, ziemię i niebo, przynosi wodę, burze i przemianę, ale jego pojawienie się może zapowiadać katastrofę. W opowieściach o jeziorach wielkie węże budzą się pod powierzchnią, rozrywają skały i wypuszczają wodę, która zalewa doliny. Amaru jest obrazem siły, która tworzy świat dokładnie w ten sam sposób, w jaki może go zniszczyć.
Łagodniejszą, choć równie tajemniczą istotą jest Carbunclo – małe zwierzę widywane nocą, z klejnotem albo niezwykłym światłem na czole. Jedni opisywali je jako lisa, inni jako kota, psa czy gryzonia. Miało strzec złota i prowadzić szczęśliwca do skarbu. Próba schwytania go zwykle kończyła się jednak klęską. W andyjskich legendach bogactwo prawie nigdy nie leży bezpańsko. Każdy skarb ma opiekuna, a chciwość jest najszybszą drogą do zguby.
Osobne miejsce zajmuje Ukuku – pół człowiek, pół niedźwiedź, bohater opowieści i rytualna postać podczas pielgrzymki Qoyllur Rit’i w rejonie Cusco. Ukuku jest dziki, silny, zabawny i groźny zarazem. Pośredniczy między ludźmi a wysokimi, lodowymi przestrzeniami należącymi do gór. Dawniej wybrani Ukukus wspinali się na lodowiec po święty lód, któremu przypisywano moc uzdrawiania. Dziś, gdy lodowce cofają się, zwyczaj ten ograniczono – i trudno o bardziej przejmujący obraz spotkania pradawnego rytuału ze współczesnym kryzysem klimatycznym.
Kondor, puma i wąż – zwierzęta większe niż życie
Andów nie da się opowiedzieć bez zwierząt, ponieważ one również przekraczają granicę między naturą a sacrum.
Nad wszystkim unosi się kondor andyjski. Jego ogromna sylwetka, krążąca niemal bez ruchu nad przepaściami, musiała wydawać się stworzona do przenoszenia wiadomości między ludźmi a bogami. Kondor wiązany jest z niebem, słońcem, wolnością i Hanan Pacha. Jako padlinożerca pozostaje także blisko śmierci, lecz w andyjskim rozumieniu nie czyni go to nieczystym. Przeciwnie – pozwala widzieć w nim przewodnika, który pomaga duszy opuścić ziemski świat.
Puma jest siłą Kay Pacha, świata żyjących. Symbolizuje władzę, zręczność i wojownika. Według popularnej interpretacji plan inkaskiego Cusco przypominał zarys pumy, z twierdzą Sacsayhuamán tworzącą jej głowę. Nawet jeśli rekonstrukcja tego kształtu pozostaje przedmiotem dyskusji, sama opowieść znakomicie pokazuje, jak mocno miasto, zwierzę i kosmos mogły się ze sobą łączyć.
Wąż, często utożsamiany z Amaru, należy do Uku Pacha. Porusza się blisko ziemi i znika w szczelinach, dlatego łączono go z podziemiem, wiedzą, wodą i odrodzeniem. Kondor, puma i wąż są dziś chętnie przedstawiane jako andyjska triada trzech światów. Trzeba jednak pamiętać, że ten przejrzysty schemat bywa współczesnym uproszczeniem wielu różnorodnych tradycji.
Obok tych symbolicznych zwierząt żyją gatunki, które same wyglądają jak bohaterowie legend. Niedźwiedź okularowy, jedyny rodzimy niedźwiedź Ameryki Południowej, bezgłośnie porusza się po lasach mglistych i potrafi wspinać się na drzewa. W tradycyjnych opowieściach bywa przodkiem, porywaczem kobiet albo istotą stojącą pomiędzy człowiekiem a dziką naturą. To właśnie z niedźwiedzich historii wyrasta część wyobrażeń o Ukuku.
Wikunia, smukła dzika krewna lamy, żyje wysoko na punie i daje niezwykle delikatną wełnę. Za czasów Inków jej strzyżenie odbywało się zbiorowo podczas chaccu, a cenne włókno podlegało ścisłej kontroli. Guanako, lama i alpaka umożliwiły przetrwanie w surowym klimacie, dostarczając transportu, wełny, mięsa i opału. Lama nie była więc pocztówkową maskotką, lecz jednym z fundamentów andyjskiej cywilizacji – zwierzęciem składanym również w ofierze.
W skalnych pustkowiach przemyka przypominająca królika wiskacza, na mokradłach Altiplano żerują różowe flamingi, a w lasach mglistych kryje się intensywnie czerwony skalniak andyjski, narodowy ptak Peru. Każde z nich pokazuje inną twarz gór: surową, barwną, dziwaczną i doskonale przystosowaną do życia tam, gdzie człowiekowi brakuje tchu.
Kiedy historia staje się legendą
Najmroczniejsze andyjskie opowieści nie zawsze potrzebują potworów. Czasem wystarczy prawdziwe wydarzenie. W XVI wieku hiszpański podbój rozbił imperium Inków, ale nie zakończył jego historii w wyobraźni mieszkańców. Po egzekucji Atahualpy i późniejszym straceniu ostatniego władcy z Vilcabamby, Túpaca Amaru, narodził się mit Inkarri. W jednej z wersji poćwiartowane ciało inkaskiego króla odrasta pod ziemią. Gdy połączy się ponownie, władca powróci, a świat odzyska utracony porządek. To legenda niezwykła, ponieważ zamienia klęskę w oczekiwanie. Pokonane imperium nie umarło – zeszło do Uku Pacha, gdzie przygotowuje się do odrodzenia.
Z kolonialną traumą wiąże się również Cerro Rico. Góra nad Potosí dała Hiszpanii niewyobrażalne ilości srebra, ale pochłonęła ogromną liczbę pracowników zmuszanych do morderczej pracy w systemie mita. Nie da się podać jednej pewnej liczby ofiar, mimo często powtarzanych legendarnych szacunków idących w miliony. Pewne jest jednak, że pył, rtęć, zawały i wycieńczenie uczyniły z góry symbol bogactwa zbudowanego na cierpieniu. Trudno się dziwić, że właśnie tam El Tío nadal siedzi w ciemności.
Jeszcze starszy dreszcz wywołują odkrycia na najwyższych szczytach. Inkowie składali rytualne ofiary capacocha, szczególnie w momentach kryzysu, zmiany władcy lub ważnych wydarzeń państwowych. Dzieci wybrane do ceremonii prowadzono setki kilometrów, a następnie pozostawiano lub grzebano wysoko w górach wraz z figurkami, tkaninami i żywnością. Zimno zachowało niektóre ciała w niezwykłym stanie. „Dzieci z Llullaillaco” czy peruwiańska „Juanita” nie są legendą, lecz archeologicznym świadectwem świata, w którym oddanie człowieka górze mogło być postrzegane jako najwyższy zaszczyt i sposób podtrzymania kosmicznej równowagi. Dla współczesnego odbiorcy pozostają jednocześnie czymś przejmującym i trudnym do zaakceptowania.
31 maja 1970 roku góra pokazała zupełnie inną twarz. Trzęsienie ziemi wywołało gigantyczną lawinę skał, lodu i błota z Huascaránu, która pogrzebała peruwiańskie Yungay. Z dawnego miasta ocalało niewiele, a tysiące ludzi zginęły w ciągu kilku minut. Do dziś miejsce to jest cmentarzem i pomnikiem. W opowieściach o katastrofie powracają odgłos przypominający nadlatujące samoloty, ciemna chmura nad doliną oraz ludzie, którzy uratowali się, uciekając na wzniesienie. Nie potrzeba dopisywać duchów: świadomość, że pod zielonym terenem nadal spoczywa całe miasto, wystarcza, aby Yungay należało do najbardziej niesamowitych miejsc Andów.
Dwa lata później, 13 października 1972 roku, w argentyńskiej części gór rozbił się lot 571 Urugwajskich Sił Powietrznych. Spośród 45 osób po 72 dniach odnaleziono 16. Ocaleni przetrwali mróz, lawinę, głód i wiadomość, że poszukiwania zostały przerwane. Aby przeżyć, podjęli decyzję o zjedzeniu ciał zmarłych towarzyszy. Ta historia bywa sprowadzana do sensacji, choć w rzeczywistości opowiada o solidarności, wierze i granicach ludzkiej wytrzymałości. W andyjskim krajobrazie nabiera niemal mitycznego wymiaru: góra odcina ludzi od świata i zmusza ich do stworzenia własnych praw, zanim pozwoli niektórym wrócić.
Folklor, który nie chce zostać w muzeum
Największym błędem byłoby uznać, że folklor Andów skończył się wraz z Inkami albo przetrwał wyłącznie jako atrakcja dla turystów. Pachamama nadal otrzymuje dary. Górnicy nadal częstują El Tío papierosem. Pielgrzymi Qoyllur Rit’i idą wysoko w góry, niosąc katolickie krzyże, lecz spotykając się jednocześnie z Apus i Ukukus. Wizerunki Maryi łączą się z wyobrażeniem świętej góry, a chrześcijańskie święta z tańcami, maskami i postaciami pamiętającymi czasy sprzed chrystianizacji.
Także nowe lęki szybko przybierają starą formę. Pishtaco może już nie nosić stroju kolonizatora, lecz fartuch lekarza albo kask pracownika zagranicznej firmy. Opowieści o świetle nad jeziorem, zagubionych turystach czy głosach słyszanych na górskich szlakach trafiają do internetu, gdzie żyją obok relacji o Muki i Jarjacha. Folklor nie jest bowiem katalogiem niezmiennych stworów. Jest językiem, którym wspólnota opowiada o tym, czego się boi, czego nie rozumie i czego nie chce zapomnieć.
Być może właśnie dlatego Andy tak łatwo uznać za krainę legend. Nie chodzi tylko o ogrom przestrzeni, ruiny Inków ani o chmury zasłaniające szczyty. Chodzi o poczucie, że krajobraz ma tu pamięć. Góry pamiętają ofiary składane na lodowcach, srebro wynoszone z Cerro Rico, miasta pogrzebane przez lawiny i ludzi, którzy zniknęli na przełęczach. Pamiętają również modlitwy, dary i obietnice.




Komentarze
Prześlij komentarz