W obj臋ciach strachu
Nocny skrzek. S艂ysza艂em go od momentu, odk膮d tutaj zamieszka艂em.
Jeszcze jak tego pierwszego wieczoru wypakowywa艂em swoje ksi膮偶ki z kartonu, s艂ysza艂em to charakterystyczne: ''hu-hu-huuu!''. Pami臋tam, 偶e kiedy powt贸rzy艂o si臋 to kilkukrotnie, zostawi艂em swoje rzeczy i stan膮艂em przy oknie.
-Co ci si臋 dzieje? - moja dziewczyna, Sonia, wesz艂a do pokoju i zobaczy艂a akurat, jak przyciskam nos do szyby. - Co tam jest takiego ciekawego?
-S艂yszysz to?
-Co?
-Ciii....
Po paru chwilach zn贸w s艂ycha膰 by艂o przeci膮g艂e: ''hu-hu-huuu!''.
Sonia spojrza艂a na mnie jak na wariata.
-To ci臋 tak poruszy艂o? Zwyk艂a sowa?
-Wybacz, ale jako mieszczuch nie przywyk艂em do s艂yszenia hukania s贸w! - mrukn膮艂em nieco obra偶ony, 偶e nie zrobi艂o to na niej takiego wra偶enia jak na mnie. Ale ona przecie偶 musia艂a to s艂ysze膰 codziennie.
Ona w odpowiedzi przewr贸ci艂a znudzona oczami.
-Daj spok贸j! Musisz teraz przywykn膮膰, co wiecz贸r b臋dziesz s艂ysza艂 takie koncerty...
-Ale on mi nie przeszkadza! - u艣miechn膮艂em si臋. - Dla mnie to nowo艣膰. Wiesz mo偶e co to za gatunek?
-Musisz porozmawia膰 z moim ojcem, on powinien wiedzie膰 – Sonia stan臋艂a przy oknie i r贸wnie偶 zacz臋艂a wpatrywa膰 si臋 w wieczorne ciemno艣ci. W oddali by艂o wida膰 zarysy brzozowego zagajniczka.
-...z tego co si臋 orientuje, to za naszym p艂otem urz臋duje puszczyk. To on tak skrzeczy po zachodzie s艂o艅ca – ojciec Sonii nie by艂 ani specjalnie zdziwiony, ani poruszony moim pytaniem o sow臋. - Ale taki urok mieszkania przy lesie. Zim膮 b臋dziesz m贸g艂 zobaczy膰 o 艣wicie sarny za p艂otem...
-My艣la艂em, 偶e ta sowa siedzi gdzie艣 bli偶ej – odezwa艂em si臋 nie艣mia艂o. Ju偶 mu nie chcia艂em m贸wi膰, 偶e mia艂em na my艣li t膮 cholern膮 star膮 szop臋 kt贸ra sta艂a prawie na 艣rodku podw贸rka. Dla niego to by艂a 艣wi臋to艣膰. - 呕e mo偶e gdzie艣 w tych brz贸zkach...
-Dawno bym wyci膮艂 te brz贸zki gdyby nie Sonia, kt贸ra upar艂a si臋 偶eby tam by艂y... Wed艂ug niej s膮 bardzo urokliwe... Ale nasz puszczyk chyba nie przylatuje na podw贸rko. Ewentualnie traktuje je jak jad艂odajnie, bo dawno nie widzia艂em 偶adnych 艣lad贸w nornic...
Tak, Sonia by艂a oczkiem w g艂owie swojego ojca. Typowa ''c贸reczka tatusia''. Chyba tylko ze wzgl臋du na ni膮 zaakceptowa艂 mnie. Zreszt膮 ja mia艂em to samo. Gdyby nie ona, to nie chcia艂bym nigdy mie膰 z tym cz艂owiekiem nic wsp贸lnego. Nie chodzi o to, 偶e by艂 z艂y czy co艣. R贸偶ni艂 si臋 od ludzi kt贸rych zna艂em do tej pory. Czasem mia艂em wra偶enie, 偶e czas w jego 偶yciu zatrzyma艂 si臋 gdzie艣 w latach dziewi臋膰dziesi膮tych. Uwielbia艂 wspominki w stylu: ''jak to kiedy艣 by艂o'', i nie by艂oby w tym nic z艂ego, gdyby nie to, 偶e ka偶de te wspomnienia ko艅czy艂y si臋 pr贸bami udowodnienia wielko艣ci wsi nad miastem. Przynajmniej ja tak to odbiera艂em. Troch臋 tak, jakbym ja pr贸bowa艂 wm贸wi膰 mu, 偶e mieszka艅cy miasta s膮 lepsi ni偶 mieszka艅cy wsi. A ja prawd臋 m贸wi膮c nie patrzy艂em na to wszystko nigdy w ten spos贸b.
Na szcz臋艣cie rzadko go widywa艂em, nawet w domu. Dorabia艂 sobie do emerytury jako nocny str贸偶, wi臋c wi臋ksz膮 cz臋艣膰 dnia sp臋dza艂 u siebie w pokoju. A my i tak byli艣my wtedy w pracy. W tygodniu widywali艣my si臋 tylko w przelocie wieczorami lub nad ranem.
Sonia by艂a ca艂kiem inna ni偶 jej ojciec. Radosna, zdolna, 艣wietnie czu艂a si臋 w Cz臋stochowie, gdzie studiowali艣my. Od razu wpad艂a mi w oko. Nigdy nie mia艂em problemu z tym, 偶e pochodzi ze wsi. Ona te偶 nie robi艂a z tego tajemnicy. Zreszt膮... to by艂 dom na wsi pod lasem, a nie gospodarka z kr贸wkami i 艣winkami. Jeszcze jak 偶y艂a jej matka, to mieli tutaj gospodark臋 z prawdziwego zdarzenia, ale po jej 艣mierci ju偶 nikt nie chcia艂 si臋 tym zajmowa膰. Podobno zreszt膮 wi臋kszo艣膰 zwierz膮t i maszyn zosta艂a sprzedana, a pieni膮dze z tego posz艂y w ca艂o艣ci na jej leczenie. Ale rak to okrutny przeciwnik i rzadko kiedy daje si臋 pokona膰.
Ta stara szopa, kt贸ra sta艂a po艣rodku podw贸rka, by艂a ostatni膮 pami膮tk膮 po tamtych czasach. Teraz by艂y w niej stare rupiecie, narz臋dzia, rowery... Sonia nawet kiedy艣 si臋 za艣mia艂a, 偶e kiedy艣 j膮 zburzymy, robi膮c tym samym miejsce na altank臋 z widokiem na brz贸zki.
Ale jej ojciec nie chcia艂 nawet o tym s艂ysze膰.
-Nic nie zmieniaj, mo偶e wam si臋 jeszcze przyda – powtarza艂 jej wtedy uparcie.
-Do czego ten straszak ma nam si臋 przyda膰? - zapyta艂em raz swojej dziewczyny.
-On ci膮gle wierzy, 偶e jeszcze kiedy艣 zaczniemy tutaj gospodarzy膰 – za艣mia艂a si臋 Sonia.
-My?? Niby czym i jak??
-Nie miej tak przera偶onej miny! Przecie偶 mu nie powiem, 偶e nigdy w 偶yciu... To by go zabi艂o...
Wzruszy艂em ramionami.
-Przecie偶 on na pewno wie, 偶e ani ty ani ja, nie nadajemy si臋 do prowadzenia gospodarki. Zreszt膮 teraz to nie op艂acalne.
-M贸j g艂os rozs膮dku – dosta艂em buziaka w cz贸艂ko. - Spokojnie, nie kupi nam w prezencie 艣lubnym ci膮gnika...
-We藕, 偶eby艣 nie wykraka艂a...
Nasza sowa co wiecz贸r przypomina艂a o sobie. Jej: ''hu-hu-huuu!'', z mniejsz膮 lub wi臋ksz膮 cz臋stotliwo艣ci膮, zdawa艂o si臋 nie艣膰 przez ca艂膮 wie艣. Przyznam, 偶e bym si臋 zmartwi艂, gdybym jej nie us艂ysza艂.
Pewnego jesiennego wieczoru (a by艂o to ju偶 kilka miesi臋cy po moim zamieszkaniu tutaj) zap臋dzi艂em si臋 do starej szopy. Z latark膮 w r臋ku szuka艂em gazu do nabijania zapalniczek. Kiedy wreszcie wyszed艂em na zewn膮trz, znienacka za艣wieci艂em w stron臋 brz贸zek, gdzie dalej by艂 ju偶 tylko p艂ot, 艂膮ka i 艣ciana lasu. I za tym p艂otem zobaczy艂em na wysoko艣ci ziemi mn贸stwo 艣wiec膮cych oczek, kt贸re zdawa艂y si臋 obserwowa膰 c贸偶 ja takiego robi臋.
A偶 u艣miechn膮艂em si臋 pod nosem na wyobra偶enie tych wszystkich lisk贸w, borsuk贸w czy kun, kt贸re tam by艂y. I wtedy zn贸w odezwa艂o si臋 przeci膮g艂e: ''hu-hu-huuu!''.
-Fiuuuu.... - pr贸bowa艂em zagwizda膰, ale nie wysz艂o najlepiej.
Odwr贸ci艂em si臋 i ruszy艂em powoli w kierunku domu.
-Hu-hu-huuu! Hu-hu-huuu!...
Przystan膮艂em na chwil臋, bo ten skrzek dobiega艂 jakby z dachu szopy. A przecie偶 jeszcze kilkana艣cie sekund temu s艂ycha膰 go by艂o z lasu.
Skierowa艂em 艣wiat艂o latarki w g贸r臋, ale nic nie by艂o wida膰. A ju偶 na pewno nie by艂o tam 偶adnej sowy.
By艂em tak zaoferowany szukaniem jej, 偶e nawet nie us艂ysza艂em Sonii, kt贸ra wysz艂a mi naprzeciw.
-Co ty robisz??... Nie b贸j si臋. Czemu 艣wiecisz po dachu??
-Wystraszy艂a艣 mnie! - zdenerwowa艂em si臋 troch臋. Chyba jednak bardziej na to, 偶e nie mia艂a czapki na g艂owie. - Po co przysz艂a艣??
-Widzia艂am z kuchni, 偶e ju偶 szed艂e艣 do domu, ale nagle si臋 wr贸ci艂e艣 tutaj... Pomy艣la艂am 偶e co艣 si臋 sta艂o.
-Tak, sta艂o si臋. Nie znalaz艂em gazu.
-Jaki艣 ty dra偶liwy dzisiaj – zachichota艂a dziewczyna. - Jutro, jak b臋dziemy wraca膰 z pracy, to wjedziemy na wi臋ksze zakupy...
-I to jest bardzo dobra my艣l! - obj膮艂em j膮 ramieniem i chcia艂em i艣膰 ju偶 do domu, ale zamiast tego zn贸w za艣wieci艂em latark膮 w stron臋 brz贸zek. - Sp贸jrz tam!
艢wiec膮ce oczka nadal nam si臋 przygl膮da艂y. By艂o ich nawet wi臋cej ni偶 wcze艣niej.
-Chcia艂bym wiedzie膰, co nam si臋 teraz stamt膮d przygl膮da – odezwa艂em si臋.
-A wiesz, 偶e to akurat mo偶liwe! - o偶ywi艂a si臋 Sonia. - M贸j tata kupi艂 kiedy艣 foto-pu艂apk臋, 偶eby wiedzie膰 jakie zwierz臋ta podchodz膮 do pa艣nika tam w lesie... Ale wywiesi艂 j膮 tylko par臋 razy i zrezygnowa艂, bo same sarny i lisy si臋 kr臋ci艂y... Powiem mu, 偶eby j膮 znalaz艂, to j膮 pod艂adujemy i wyniesiemy tam za p艂ot...
-Widz臋, 偶e nie mo偶esz si臋 doczeka膰, 偶eby poprzygl膮da膰 si臋 tym lisom i sarnom...
Nast臋pnego dnia po powrocie z pracy od razu wzi臋li艣my si臋 do dzia艂ania. Foto-pu艂apka ju偶 na nas czeka艂a, z na艂adowanymi bateriami i sformatowan膮 kart膮 pami臋ci w 艣rodku. Jeszcze zanim zapad艂 zmrok, ruszyli艣my w stron臋 lasu za p艂otem, 偶eby tam zostawi膰 j膮 na par臋 dni.
-Mo偶e nam si臋 nagra jaki艣 wilk! - za偶artowa艂em, pr贸buj膮c j膮 zawiesi膰 na drzewie. - To by dopiero by艂 hit... i poruszenie na ca艂膮 wie艣.
-Szybciej ci si臋 nagra jaki艣 lis czy borsuk – odpar艂a Sonia, przygl膮daj膮c si臋 co robi臋. - Nie za nisko?
-W sam raz raczej. Tw贸j tata m贸wi艂, 偶eby nie dawa膰 jej przy samej ziemi... Kto wie, mo偶e spodoba nam si臋 ta zabawa i zainwestujemy w drug膮 tak膮.
-Pewnie liczysz na to, 偶e nam si臋 twoja sowa nagra.
-To by ta kamerka musia艂a by膰 skierowana w g贸r臋. A nie podejrzewam jej o taki przejaw towarzysko艣ci...
-Jutro zobaczymy.
Ale te ''jutro'' nam si臋 bardzo przed艂u偶y艂o. Przez kilka kolejnych dni musia艂em zostawa膰 d艂u偶ej w pracy, i wraca艂em dopiero wieczorami. Ostatni膮 moj膮 my艣l膮 by艂o wtedy, 偶eby i艣膰 do lasu po foto-pu艂apk臋. Sonia, kt贸r膮 przez ten czas odbiera艂 z pracy ojciec, r贸wnie偶 nie wykazywa艂a ch臋ci spacerowania samej po lesie.
Tylko nasza sowa by艂a niezawodna. Ka偶dego wieczoru by艂o s艂ycha膰 jej:
-Hu-hu-huuu! Hu-hu-huuu!...
Kiedy wreszcie uda艂o mi si臋 wr贸ci膰 o normalnej porze i p贸j艣膰 do lasu po foto-pu艂apk臋, by艂em ju偶 艣wi臋cie przekonany, 偶e baterie w niej ju偶 dawno si臋 wyczerpa艂y. Dlatego mo偶na tylko wyobrazi膰 sobie moje zdziwienie, kiedy okaza艂o si臋 偶e ta nadal nagrywa.
-Przyjd藕 potem do mnie i opowiedz, co si臋 nagra艂o – powiedzia艂 ojciec Sonii kiedy wr贸ci艂em do domu. - Sam jestem ciekawy.
-Pewnie jest tam tylko kilka lis贸w i saren – mrukn膮艂em pod nosem.
Poszed艂em do nas na g贸r臋, w艂膮czy艂em laptopa. Czekaj膮c a偶 si臋 uruchomi, pod艂膮czy艂em akumulatorki z foto-pu艂apki do 艂adowania. W艂o偶y艂em kart臋 pami臋ci do czytnika i czeka艂em, a偶 system zajarzy 偶e co艣 nowego jest do niego pod艂膮czone.
Po chwili na ekranie laptopa pojawi艂 si臋 rz膮d miniaturek z nagraniami. Niekt贸re by艂y z nocy, inne zrobione w ci膮gu dnia. Zacz膮艂em je po kolei puszcza膰. Nie chcia艂em czeka膰 a偶 Sonia do mnie przyjdzie. Przecie偶 sama sobie b臋dzie mog艂a je w艂膮czy膰.
Cz臋艣膰 nagra艅 by艂a taka sama: widok na zaro艣la. Co艣 jednak musia艂o wtedy rusza膰 foto-pu艂apk臋, skoro zaczyna艂a nagrywa膰. Ale nie by艂o na tych nagraniach wida膰 偶adnych zwierz膮t. Za to na kilku innych obejrza艂em liska, kt贸ry kr臋ci艂 si臋 mi臋dzy drzewami. Zobaczy艂em te偶 kun臋, kt贸ra ze swoj膮 kit膮 tak 艣miesznie podskakiwa艂a, jakby chcia艂a co艣 z艂apa膰.
Ju偶 mia艂em da膰 sobie spok贸j z ogl膮daniem dw贸ch ostatnich nagra艅, ale na miniaturze zobaczy艂em co艣 dziwnego. Przeczucie okaza艂o si臋 s艂uszne. Na jednym nagraniu by艂o wida膰 m臋偶czyzn臋 ubranego w ciemne kolory, jak przechodzi w pobli偶u foto-pu艂apki, nie zwracaj膮c na ni膮 uwagi. By艂o to o tyle niepokoj膮ce, 偶e nagranie by艂o z godziny drugiej w nocy. Z kolei na ostatnim nagraniu by艂 zn贸w uchwycony ten m臋偶czyzna, na dodatek w towarzystwie drugiego osobnika w kapturze. Oboje chyba przez chwil臋 rozmawiali patrz膮c w tym samym kierunku. Nagle jeden z nich machn膮艂 r臋k膮 i znikn膮艂 z pola widzenia foto-pu艂apki. Nagranie si臋 sko艅czy艂o.
Siedzia艂em przy tym laptopie i nie wiedzia艂em co robi膰. W pierwszej chwili chcia艂em zawo艂a膰 ojca Sonii i pokaza膰 mu te nagrania, ale zaraz sobie wyobrazi艂em jakie wra偶enie to na nim zrobi. I to wra偶enie nie musia艂o by by膰 pozytywne. Gdyby mi kto艣 pokaza艂 takie nagrania tu偶 zza mojego p艂otu, to by艂bym przera偶ony. Tak jak teraz. Sonia te偶 nie mog艂a o niczym wiedzie膰, bo na pewno powiedzia艂aby ojcu. Takie b艂臋dne ko艂o.
Zamkn膮艂em laptopa.
Przez chwil臋 siedzia艂em w ciszy, nas艂uchuj膮c. Jakbym spodziewa艂 si臋, 偶e zaraz co艣 us艂ysz臋. I wtedy zn贸w si臋 odezwa艂a.
-Hu-hu-huuu!
Zamar艂em. To nie by艂 d藕wi臋k z lasu. To by艂o bli偶ej. O wiele za blisko jak na moje ucho.
Podszed艂em do okna i odsun膮艂em firank臋. Na podw贸rku panowa艂a ciemno艣膰. Jedynie z kuchni pada艂a w膮ska smuga 艣wiat艂a, ko艅cz膮ca si臋 w po艂owie trawnika. Dalej zaczyna艂a si臋 czarna plama, w kt贸rej gin臋艂y brz贸zki.
Przez chwil臋 nic si臋 nie dzia艂o.
-Hu-hu-huuu!
Tym razem nie mia艂em w膮tpliwo艣ci. To by艂 dach szopy.
Poczu艂em ch艂贸d, cho膰 w pokoju by艂o ciep艂o. Cofn膮艂em si臋 od okna i spojrza艂em w stron臋 drzwi. Mia艂em ochot臋 zej艣膰 na d贸艂, powiedzie膰 wszystko Sonii, pokaza膰 jej nagrania… cokolwiek.
Ale co艣 mnie powstrzyma艂o. Sam nie wiedzia艂em co.
Po艂o偶y艂em si臋, lecz nie zmru偶y艂em oka przez d艂ugie godziny.
Rano wszystko wygl膮da艂o normalnie. Sonia krz膮ta艂a si臋 w kuchni, jej ojciec siedzia艂 przy stole i czyta艂 gazet臋. Nawet zapach kawy by艂 taki jak zawsze. Tylko ja czu艂em, 偶e co艣 si臋 zmieni艂o. Jakby co艣 zosta艂o naruszone.
-Co艣 niewyra藕ny jeste艣 — rzuci艂a Sonia.
-Nie spa艂em dobrze.
Nie dopytywa艂a wi臋cej.
Przez ca艂y dzie艅 艂apa艂em si臋 na tym, 偶e co chwil臋 zerkam w stron臋 lasu. Jakbym spodziewa艂 si臋, 偶e kto艣 tam stoi. 呕e zaraz zobacz臋 te sylwetki.
Ale nie by艂o nic. Nawet 艣lad贸w zwierz膮t przy p艂ocie.
Wieczorem nie zapala艂em 艣wiat艂a. Usiad艂em przy oknie i patrzy艂em w stron臋 brz贸zek. Nie wiem, ile czasu min臋艂o. Minuty, godziny… wszystko si臋 rozmy艂o.
I wtedy co艣 si臋 poruszy艂o.
Najpierw pomy艣la艂em, 偶e to wiatr. Ale zaraz zobaczy艂em wyra藕niej. Dwie sylwetki sta艂y tu偶 przy p艂ocie.
Serce zacz臋艂o wali膰 mi tak mocno, 偶e by艂em pewien, 偶e zaraz je us艂ysz膮.
Jedna z postaci powoli poruszy艂a g艂ow膮. Patrzy艂a jakby w moj膮 stron臋. Nie wiedzia艂em, czy mnie widzi, czy tylko patrzy.
-Hu-hu-huuu! - d藕wi臋k rozleg艂 si臋 tu偶 nad moj膮 g艂ow膮.
Nie pami臋tam, kiedy znalaz艂em si臋 na dole. Sta艂em na podw贸rku z latark膮 w d艂oni. 艢wiat艂o dr偶a艂o razem z moj膮 r臋k膮.
Podszed艂em do szopy. Drzwi by艂y uchylone, mimo 偶e zawsze (zw艂aszcza po zmroku) by艂y ju偶 zamkni臋te.
Zatrzyma艂em si臋 i nas艂uchiwa艂em, ale wok贸艂 panowa艂a martwa cisza. Ale ona te偶 nie by艂a taka zwyk艂a. To by艂a ta cisza, kt贸ra a偶 dzwoni w uszach.
W 艣rodku szopy panowa艂 p贸艂mrok. Zapach starego drewna i kurzu by艂 ci臋偶ki, niemal dusz膮cy.
Za艣wieci艂em latark膮 po k膮tach, ale wszystko wygl膮da艂o tak jak zawsze.
-Hu-hu-huuu!
Zamar艂em, bo ten d藕wi臋k dobieg艂 z g艂臋bi szopy. Na dodatek z miejsca, gdzie nie by艂o 偶adnego okna.
Zrobi艂em krok do ty艂u, 艣wiec膮c nerwowo latark膮 po suficie. I wtedy us艂ysza艂em cichy szelest.
Fragment kroniki policyjnej
15 pa藕dziernika 2024 rok, powiat cz臋stochowski
W jednym z dom贸w jednorodzinnych po艂o偶onych na skraju lasu odnaleziono cia艂a dw贸ch os贸b. Zg艂oszenia dokona艂 w艂a艣ciciel posesji, kt贸ry wr贸ci艂 na miejsce nad ranem.
Na miejscu nie stwierdzono 艣lad贸w w艂amania ani obecno艣ci os贸b trzecich.
Okoliczno艣ci zdarzenia pozostaj膮 niewyja艣nione.



Komentarze
Prze艣lij komentarz