Czwarty Sektor, cz. 15
Poranek w lasach Nadle艣nictwa Baligr贸d by艂 rze艣ki, pachn膮cy 偶ywic膮 i wilgotn膮 ziemi膮. Dla Paw艂a zawsze by艂 to zapach domu i bezpiecze艅stwa, ale dzisiaj, gdy wyci膮ga艂 z baga偶nika s艂u偶bowej Dacii klup臋 do mierzenia 艣rednicy pni i puszk臋 z jaskrawym sprayem, czu艂 jedynie mechaniczn膮 rutyn臋.
W oddalonym o kilka kilometr贸w oddziale le艣nym s艂ycha膰 by艂o st艂umiony warkot pi艂 艂a艅cuchowych i ci臋偶ki chrz臋st ci膮gnik贸w zrywkowych. Pawe艂 podchodzi艂 do kolejnych buk贸w, mierzy艂, ocenia艂 i malowa艂 na korze odpowiednie znaki. Pr贸bowa艂 skupi膰 si臋 na pracy, na liczbach i tabelach, ale jego my艣li nieustannie dryfowa艂y na p贸艂noc.
K膮tem oka dostrzeg艂 zielonego pick-upa, kt贸ry powoli przetoczy艂 si臋 le艣n膮 drog膮 i zatrzyma艂 na skraju zr臋bu. Szyba opu艣ci艂a si臋 w d贸艂, a w oknie pojawi艂a si臋 pot臋偶na sylwetka Roberta. Bieszczadzki le艣nik nie wysiad艂, nie zagada艂. Po prostu zapali艂 papierosa, opar艂 艂okie膰 o drzwi i patrzy艂.
Pawe艂 zacisn膮艂 z臋by. Od powrotu z Krakowa czu艂 na sobie ten ci臋偶ki wzrok niemal bez przerwy. Robert zagl膮da艂 do jego biura pod byle pretekstem, parkowa艂 pod jego domem "po drodze do sklepu" i pojawia艂 si臋 na jego pozycjach w terenie. Nie robi艂 tego ze z艂o艣liwo艣ci – robi艂 to, by mie膰 pewno艣膰, 偶e Pawe艂 nie spakuje nagle plecaka i nie ruszy z powrotem w stron臋 Sektora Czwartego.
Wspomnienie powrotu z Krakowa wci膮偶 by艂o bole艣nie 艣wie偶e. Kiedy min臋li tablic臋 z napisem "Tarn贸w", Robert zjecha艂 na pusty parking, zgasi艂 silnik i odwr贸ci艂 si臋 do niego z twarz膮 tward膮 jak granit.
– Zostaw to, Pawe艂 – powiedzia艂 wtedy niskim, gro藕nym g艂osem. – S艂ysza艂e艣 profesora. To nie jest wilk z wnykami na karku, kt贸rego mo偶esz uratowa膰. Je艣li tam wr贸cisz i to spotkasz, to zabije ci臋 si臋 w u艂amku sekundy, a Lasy Pa艅stwowe uznaj膮, 偶e po prostu zagin膮艂e艣 w starym bunkrze. Nie wracaj do Bornego. Zabroni艂bym ci tego jako przyjaciel, ale zabraniam ci te偶 jako cz艂owiek, kt贸ry nie ma zamiaru zbiera膰 twoich szcz膮tk贸w do worka.
Pawe艂 uderzy艂 d艂oni膮 w pie艅 buka, a偶 chropowata kora otar艂a mu sk贸r臋.
Robert mia艂 absolutn膮 racj臋. Logika i instynkt przetrwania krzycza艂y, by zostawi膰 t臋 spraw臋 w mrokach zachodniopomorskich las贸w, by zablokowa膰 numer i wyrzuci膰 fiolk臋.
Ale za ka偶dym razem, gdy zamyka艂 oczy, Pawe艂 widzia艂 twarz Tomka z tamtego deszczowego poranka, gdy pakowa艂 plecak w jego mieszkaniu. Widzia艂 jego zaczerwienione, zm臋czone oczy i pusty u艣miech kogo艣, kto pogodzi艂 si臋 z tym, 偶e zostaje sam na sam z potworem pukaj膮cym w nocy do drzwi.
– Wr贸c臋 tu, Tomek – obieca艂 wtedy. A Tomek tylko pokiwa艂 g艂ow膮 z t膮 obezw艂adniaj膮c膮 rezygnacj膮.
Sygna艂 telefonu w kieszeni wyrwa艂 go z zamy艣lenia. Pawe艂 drgn膮艂, a puszka ze sprayem niemal wy艣lizgn臋艂a mu si臋 z d艂oni. Odruchowo spojrza艂 w stron臋 pick-upa Roberta. Bieszczadzki le艣nik r贸wnie偶 wyprostowa艂 si臋 w fotelu, czujnie obserwuj膮c jego reakcj臋.
Pawe艂 powoli wyci膮gn膮艂 kom贸rk臋 z kieszeni spodni, zastanawiaj膮c si臋, czy na ekranie zobaczy numer Tomka, zwiastuj膮cy najgorsze.
Prze艂kn膮艂 艣lin臋 i spojrza艂 na wy艣wietlacz. Maciek Krak贸w IT.
Odwr贸ci艂 si臋 ty艂em do zielonego pick-upa Roberta, 偶eby zyska膰 odrobin臋 prywatno艣ci, i odebra艂.
– S艂ucham ci臋 – powiedzia艂 cicho, opieraj膮c si臋 czo艂em o zimn膮, chropowat膮 kor臋 buka.
– Pawe艂, s艂uchaj mnie uwa偶nie, bo chyba zaraz zwariuj臋 – g艂os Ma膰ka w s艂uchawce brzmia艂 na podenerwowany, m贸wi艂 szybko, niemal na jednym wdechu. – Pami臋tasz, jak ci pisa艂em, 偶e ten kszta艂t to absolutny brak danych? 呕e systemy wariuj膮, pr贸buj膮c wyostrzy膰 pustk臋?
– Pami臋tam. Powiedzia艂e艣, 偶e nie da si臋 z tym nic zrobi膰.
– Bo patrzy艂em na z艂膮 rzecz! – Maciek niemal krzykn膮艂. W tle s艂ycha膰 by艂o nerwowe klikanie klawiatury. – Zamiast m臋czy膰 si臋 z sam膮 anomali膮, odwr贸ci艂em filtry. Skupi艂em algorytmy na tym, co znajduje si臋 bezpo艣rednio Za ni膮, w tle.
Pawe艂 zmarszczy艂 brwi. K膮tem oka widzia艂, 偶e Robert wysiada z samochodu i powoli rusza w jego stron臋, mia偶d偶膮c suche ga艂臋zie ci臋偶kimi butami.
– I co zobaczy艂e艣?
– Soczewka powi臋kszy艂a obraz lasu g艂臋boko z ty艂u, jakie艣 kilkadziesi膮t metr贸w za lini膮 wapna – t艂umaczy艂 gor膮czkowo informatyk. – Wyci膮gn膮艂em to, zredukowa艂em szum cyfrowy. Pawe艂... to co tam rzekomo by艂o, nie przysz艂o tam samo. Kto艣 za tym czym艣 szed艂. Kto艣 to 艣ledzi艂.
Pawe艂 znieruchomia艂.
– O czym ty m贸wisz? 艁ucja by艂a tam sama, robi艂a zdj臋cia dla...
– Nie m贸wi臋 o dziewczynie z aparatem! – przerwa艂 mu Maciek. Na jego maila w艂a艣nie przyszed艂 nowy za艂膮cznik, a telefon zawibrowa艂 kr贸tko przy uchu Paw艂a. – Wys艂a艂em ci wycinek. Otw贸rz to. W tle, mi臋dzy sosnami, stoi cz艂owiek. Ale nie jest ubrany jak turysta czy le艣nik.
Pawe艂 odsun膮艂 telefon od ucha, w艂膮czy艂 g艂o艣nom贸wi膮cy i dr偶膮cymi palcami otworzy艂 za艂膮cznik.
Zdj臋cie by艂o ziarniste, czarno-bia艂e, zniekszta艂cone na brzegach przez faluj膮ce powietrze wok贸艂 rozmytej sylwetki w tle, ale centrum pozosta艂o ostre. W g艂臋bokim cieniu, oparty o pie艅 starego drzewa, sta艂a posta膰. Mia艂a na sobie gruby, ci臋偶ki p艂aszcz, kt贸ry wygl膮da艂, jakby by艂 podszyty gumowymi wk艂adkami rodem z dawnych, radzieckich skafandr贸w ochronnych. Twarz ukrywa艂a pod prymitywn膮 mask膮 spawalnicz膮 z ciemnym szk艂em.
– On na to co艣 patrzy, Pawe艂 – g艂os Ma膰ka z telefonu rozbrzmia艂 g艂ucho w bieszczadzkim lesie. – Stoi tu偶 przy tym czym艣 i nic mu nie jest. Cokolwiek to za potw贸r, ten go艣膰 wie, jak w jego obecno艣ci przetrwa膰.
Cie艅 pad艂 na ekran telefonu. Pawe艂 podni贸s艂 g艂ow臋. Robert sta艂 tu偶 obok, wpatruj膮c si臋 w zdj臋cie powi臋kszone na wy艣wietlaczu. Twarz bieszczadzkiego le艣nika by艂a napi臋ta, a w jego oczach malowa艂 si臋 absolutny szok.
– Kto to do cholery jest? – warkn膮艂 cicho Robert, mru偶膮c oczy, by lepiej przyjrze膰 si臋 detalom. – Ten p艂aszcz... to wygl膮da jak ci臋偶ki, radziecki fartuch przeciwchemiczny. I ta maska.
– On na niego patrzy, Robert – odpar艂 Pawe艂, z naciskiem akcentuj膮c ka偶de s艂owo. Wcisn膮艂 czerwon膮 s艂uchawk臋, roz艂膮czaj膮c si臋 z Ma膰kiem. – Stoi tam, zaraz za t膮 zapor膮 z wapna, i nic mu nie jest. Cokolwiek kryje si臋 w Sektorze Czwartym, ten cz艂owiek wie, jak przy tym przetrwa膰.
Robert milcza艂 przez d艂ug膮 chwil臋, wpatruj膮c si臋 w ziarniste piksele na ekranie. Zaci膮gn膮艂 si臋 dymem ze swojego papierosa, a potem powoli wypu艣ci艂 go w ch艂odne, g贸rskie powietrze.
Pawe艂 zablokowa艂 ekran i wsu艅 telefon g艂臋boko do kieszeni spodni roboczych. W jego g艂owie m臋tlik wreszcie ust膮pi艂 miejsca lodowatemu skupieniu. Obieca艂 Tomkowi, 偶e go z tym nie zostawi, a teraz po raz pierwszy mieli konkretny punkt zaczepienia. Zagadka przesta艂a by膰 tylko biologicznym horrorem i 偶r膮cym 艣luzem. Zyska艂a ludzk膮 twarz, nawet je艣li ta twarz by艂a ukryta za pordzewia艂膮 mask膮 spawalnicz膮.
– Nie jedziemy z go艂ymi r臋kami do tego kwasowego piek艂a, Robert – powiedzia艂 Pawe艂, a w jego g艂osie nie by艂o ju偶 strachu, tylko zimna, in偶ynieryjna determinacja. – Jedziemy odszuka膰 faceta, kt贸ry trzyma tego mutanta na smyczy. Albo przynajmniej wie, jak nie da膰 si臋 mu rozszarpa膰.



Komentarze
Prze艣lij komentarz